Pierwsze 60 dni w Holandii

 

Właśnie stuknęło nam pierwsze 60 dni w Holandii, więc pomyślałam, że to dobra okazja, by podzielić się z Wami moimi pierwszymi wrażeniami i doświadczeniami. A jest o czym pisać, bo działo się bardzo dużo. Ale od początku.

Z Polski do Holandii zawiózł nas brat Przemka. Początkowo myśleliśmy, by lecieć samolotem, albo złapać jakiś regularnie kursujący na trasie bus, ale z tak ogromną ilością gratów, jakie mieliśmy do zabrania podróż samochodem była jedyną sensowną opcją. Jaką męką okazała się ta podróż! Upał jak diabli, w aucie brak klimy, a do tego po drodze masa robót drogowych i wypadek, który zablokował autostradę na dłuższą chwilę. To wszystko sprawiło, że trasa, która nie powinna była zabrać więcej niż 8h trwała ich aż 12.

Potem okazało się, że nie tylko dojazd do Holandii był drogą przez mękę. W bardzo podobnym klimacie odbywało się szukanie mieszkania, pracy i załatwianie tysiąca innych spraw związanych z przeprowadzką. Ale po kolei.

 

Rejestracja

BSN. Burgerservicenummer. To numer identyfikacyjny, bez którego nie da się w Holandii praktycznie nic zrobić. To pierwsza rzecz, którą trzeba zorganizować. Szybko jednak okazało się, że ta niby błaha sprawa jest praktycznie niemożliwa do załatwienia od ręki. Według przepisów każda osoba, która planuje zostać w Holandii na więcej niż cztery miesiące, musi zarejestrować się w urzędzie miasta i otrzymać BSN. Teoretycznie trzeba to zrobić w ciągu pięciu dni od przyjazdu do kraju. Niby proste, a jednak praktycznie nie do zrobienia. No bo żeby się zarejestrować i dostać BSN trzeba mieć stałe miejsce zamieszkania. By mieć adres trzeba znaleźć mieszkanie do wynajęcia. By wynająć mieszkanie trzeba mieć pracę, bo bez pracy jest to prawie niemożliwe (o naszych perypetiach mieszkaniowych już za moment). A aby dostać pracę trzeba mieć …BSN. Błędne koło. Nie mieliśmy pracy, więc nie mieliśmy też mieszkania, nie mogliśmy się więc zarejestrować.

Całe szczęście od koleżanki z Dutch Summer School dowiedziałam się o tym, jak obejść system. Okazało się, że jest możliwość zrobienia tzw. rejestracji tymczasowej. Teoretycznie jest ona tylko dla osób, które chcą w Holandii zostać krócej niż 4 miesiące, ale w praktyce nikt przy tej rejestracji nie pyta o czas pobytu. Do tej rejestracji nie trzeba mieć stałego adresu, wystarczy adres pierwszego lepszego hotelu. Tak też zrobiliśmy i w trzecim tygodniu pobytu w Holandii staliśmy się w końcu szczęśliwymi posiadaczami numerów BSN. Teraz mogliśmy legalnie pracować, zapisać Olivię do przedszkola, kupić ubezpieczenie na zdrowie, czy otworzyć konto w banku.

 

Mieszkanie

Na pierwsze dwa tygodnie wynajęłam nam na AirBnb małe mieszkanko na skraju centrum. Z perspektywy myślę, że byłam bardzo naiwna, ale wtedy wydawało mi się, że dwa tygodnie to optymalna ilość czasu, by znaleźć jakieś lokum na stałe. Byliśmy przyzwyczajeni to tempa Sydney, gdzie dziś idzie się na inspekcję mieszkania, i jak wszystko gra to w ciągu tygodnia można się wprowadzać. Nie w Holandii. Pierwszy problem był taki, że do wyboru było bardzo mało mieszkań. Nas interesowały tylko te w pełni umeblowane, a akurat ich jest niewiele. Drugi problem był taki, że na każde 10 zapytań, które wysyłałam odpowiedzi dostawałam od może dwóch czy trzech. Z nich połowa dawała mi znać, że nie chce ze mną rozmawiać, bo nie mam pracy. I to mimo, iż oferowaliśmy czynsz za pół roku z góry i wysoką kaucję. Szybko zmieniłam strategię i z wysyłania zapytań emailem przerzuciłam się na telefon. Zadziałało i zaczęliśmy intensywnie chodzić na inspekcje. Jeśli dobrze liczę to zobaczyliśmy w sumie 22 mieszkania. Z prawie każdym było coś nie tak. Albo było daleko od miasta, albo lodówka była miniaturowa, albo wejście było po strasznie wąskich i stromych schodach (zły pomysł jak się ma 3-letnie dziecko), albo coś jeszcze. Kilka mieszkań było super, ale niestety żadnego z nich nie udało nam się dostać.

Za nami był już miesiąc w Rotterdamie, a my nadal nie mieliśmy stałego lokum. Z AirBnB musieliśmy się wyprowadzić, bo nie było na dłużej dostępne, i przez ponad miesiąc gnieździliśmy się w trójkę z małej kawalerce. Nie było tragicznie, bo w fajnej okolicy, ale mieszkanie na walizkach wychodziło nam już bokiem.

W końcu jednak stało się — dostaliśmy mieszkanie. Dwie sypialnie, w budynku z windą (rzadki tu luksus), w pełni umeblowane, z widokiem na kanał Coolhaven i panoramę miasta. I do tego w całkiem dobrej cenie. Radość nie trwała jednak długo, bo okazało się, że agencja nieruchomości nie wywiązała się z zadania, i przekazała nam mieszkanie zasyfione (poprzednie lokatorki nie posprzątały) i z wieloma usterkami. Zrobiliśmy awanturę, co zaowocowało zwrotem części kasy za pierwszy miesiąc, ale doprowadzenie mieszkania do akceptowalnego standardu zajęło nam tydzień.

W każdym razie udało się i dokładnie w 5 tygodni od przyjazdu do Rotterdamu mieliśmy w końcu gdzie mieszkać.

 

Praca

Szukanie pracy zaczęłam na początku sierpnia, czyli na miesiąc przed wyjazdem do Holandii. Ze dwa dni spędziłam na tworzeniu listy firm, w których potencjalnie mogłabym i chciałabym pracować. Poprawiłam CV, uzupełniłam profil LinkedIn, i zaczęłam aplikowanie. Ku mojej wielkiej radości od ręki dostałam zaproszenie na dwie rozmowy. Dzięki technologii rozmowy odbyły się w domu moich rodziców za pośrednictwem Skype. Oba poszły świetnie. Niedługo potem dostałam zaproszenia na rozmowy w czterech kolejnych firmach. Bardzo mnie to oczywiście cieszyło, ale jednego nie mogłam zrozumieć – umawiano się ze mną na rozmowy na za 2-3 tygodnie. Gdy w Sydney dostawaliśmy CV od dobrego kandydata to rozmowę umawialiśmy na następny dzień, bo trzeba było działać szybko, by inna firma nie zwinęła nam go sprzed nosa. Taki jest urok branży, w której pracuję. W Holandii nikt jednak jakoś specjalnie nie śpieszył. Rozmowy były przekładane – czasem dwa razy – na feedback po rozmowach czekałam nawet 3 tygodnie. Szczytem wszystkiego był email, który dostałam przedwczoraj – odpowiedź na aplikację, którą wysłałam 29 sierpnia, oraz pytanie czy mogę przyjść na rozmowę.

Mijały dni i tygodnie, oszczędności topniały, a ja czekałam i czekałam.

W końcu stało się – dostałam ofertę pracy. Oferta była dobra, więc przyjęłam ją od ręki, równocześnie informując o tym pozostałe firmy, u których byłam w trakcie procesu rekrutacyjnego. I nagle posypały się emaile o tym jak im wszystkim przykro, z prośbą żebym to jednak przemyślała, że może jednak nie wezmę tej oferty bla bla bla. Moje ego dawno nie czuło się tak dobrze :)

Pracę zaczęłam 5 tygodni po przyjeździe do Rotterdamu. Pracuję 4 dni w tygodniu jako Scrum Master/Project Manager w agencji interaktywnej, i tak szczęśliwe się złożyło, że mieszkamy na tyle blisko, że w biurze jestem w 10 min (na rowerze).

Przemkowi szukanie pracy też szło różnie – były okresy, kiedy na rozmowy chodził przez kilka dni pod rząd, by potem czekać na jakieś informacje przez kilka tygodni. Jednak i jemu się udało, i właśnie zaczyna pracę w dużej, międzynarodowej firmie spedycyjnej.

 

Walka z biurokracją

Wielokrotnie spotkałam się z informacją o holenderskiej biurokracji, ale jakoś spcjalnie nie zaprzątałam sobie tym głowy. Do czasu, kiedy musiałam się z tą biurokracją zderzyć. Pierwsza rzecz jaka nas uderzyła to holenderskie zamiłowanie do umawiania się na wszystko. Przykłady? Wchodzimy do banku ABN Amro z zamiarem otwarcia konta. Bank jest kompletnie pusty, ani jednego klienta, obsługa siedzi w okienkach i rozmawia między sobą. Podchodzi do nas koleś z obsługi i pyta jak nam może pomóc. Mówimy, że chcemy otworzyć konto, a on pyta czy mamy umówione spotkanie. My na to, że nie, a on odpowiada, że bez umówionego spotkania się nie da. Albo idziemy do tzw. Expat Centre, czyli instytucji, której zadaniem jest pomaganie expatom w załatwieniu wszelkich formalności związanych z przeprowadzką do Rotterdamu. Wchodzimy w środka, a tam sześciu czy siedmiu pracowników i zero klientów. Pierwsze pytanie jakie pada to czy mamy umówione spotkanie. Kiedy mówimy, że nie jedna z pań oferuje poświęcić nam kilka minut, ale nie pomagając w niczym.

Innym przykładem holenderskiej biurokracji jest nieopisanie durne i zupełnie nieprzyjazne ludziom procesy. Dla przykładu, kiedy w końcu udało nam się otworzyć konto w banku, to otrzymanie wszystkich informacji (karty, PINu oraz dostępu do bankowości online) wymagało trzech wizyt w banku i sześciu różnych listów. Żeby założyć DigiD, czyli wirtualny profil potrzebny do logowania się do różnych rządowych portali trwało tydzień i wymagało dwóch listów. Dla nas te wszystkie procesy to trochę szok, bo w Australii prawie wszystko załatwiało się przez internet i od ręki. A tutaj czekanie i czekanie. Dwa tygodnie temu aplikowałam o dofinansowanie do przedszkola dla Olivii (należy się ono każdemu pracującemu rezydentowi Holandii), a na decyzję trzeba czekać do 6 tygodniu. W międzyczasie za przedszkole muszę płacić z oszczędności, a dodam, że to koszmarnie duży koszt.

I tak jest z prawie każdą formalnością, za którą się zabieramy. Całe szczęście jesteśmy już blisko końca tego biurokratycznego maratonu i mam nadzieję, że nie szybko będziemy musieli przez coś podobnego przechodzić.

 

Pozytywy

Oczywiście nie jest tak, że wszystko jest źle. Obiektywnie rzecz biorąc udało nam się na prawdę sporo, biorąc pod uwagę, że za nami dopiero dwa miesiące w Holandii. Rotterdam okazał się super miastem, może nie tak urokliwym jak Sydney, ale na pewno o wiele bardziej przyjaznym do życia. Świetny transport publiczny, genialna infrastruktura rowerowa, wszystko pod ręką. W pracy też jest dobrze. Olivia uwielbia swoje nowe przedszkole i powoli łapie holenderski. Nawet pogoda nie jest taka zła jak się spodziewałam. Owszem, trochę pada, ale zdecydowanie częściej jest słonecznie. Póki co jestem zadowolona, choć oczywiście musi minąć trochę czasu, zanim będę mogła z przekonaniem stwierdzić, czy widzę się w Holandii na stałe.

Time will tell.

Przyjemne z pożytecznym, czyli dwa intensywne tygodnie z holenderskim

16 komentarzy

  1. Obyście na swojej drodze w Holandii …spotkali jak najmniej mieszkańców naszego kochanego kraju … a jak już spotkacie uważajcie …. No chyba że będę to ludzie na poziomie i którym ufacie …

    Post a Reply
  2. A jak z zalozeniem internetu? Jeatem z Belgii, ale mnie jedna firma przyslala termin na 2030 rok.
    Jesli chodzi i mieszkanie, to Trzeba bylo wynajac chate nieumeblowana, a meble z drugiej reki mozna dostac za male pieniadze bez problemu.
    Czekam teraz na historyjki i sknerstwie Holendrow, oni za 2 centy dadza sobie jaja ogolic.

    Post a Reply
    • Mieszkanie było od razu z internetem wiec problem z głowy. Ale dostawców jest tutaj cała masa. Co do mebli to opcja pustego mieszkania nas nie interesowała bo meblowanie byłoby za dużym zachodem. Wiem że się da tanio ale akurat bardziej chodziło nam o logistyczna stronę a nie kasę w tej kwestii

      Post a Reply
    • Kiedys umowilam sie z kolega, a on w dzien spotkania, pisze do mnie ze nie przyjedzie bo nie sprawdzil agendy, a dzisiaj ma urodziny jakiegos kolegi. Cycki mi opadly i od tego czasu kontakty zaczely zanikac. Zero spontanicznosci w tych ludziach.

      Post a Reply
    • Career Break break, ajceptuje to i glosno czasem wysmiewam. Moj chlopak mimo, ze nie jest czystej krwi Belgiem tez jest juz przesiakniety agenda. I ja sie przyznam bez bicia, ze pojechalam do domu i rozstawialam wszystkich po katach bo dzien byl niezaplanowanu.

      Post a Reply
    • A i życzę powodzenia oczywiście z reszta formalności i znalezieniem przyjaciol! Pozdrowienia!

      Post a Reply
  3. No proszę to w w Rotterdamie :) pozdrawiam stare smueci, mnie się tam kiepsko mieszkało ale ja mam prawdopodobnie nieco inne oczekiwania. Mimo wszystko mam duży sentyment do tego miasta.
    Niech wam się fajnie żyje:)

    Post a Reply
  4. Całkiem sporo już zdziałaliście:) I niech się dzieją same dobre rzeczy :) Wnikliwie czytałam i tak się uśmiechnęłam kiedy wspominałaś o podpisie. U nas profil zaufany załatwia się w … da się nawet w minutę :)

    Post a Reply
  5. Witam
    Jak wyglada sytuacja z uchodzcami widać ich na ulicach czujecie sie bezpiecznie w Holandii.Mam znajomego w niemczech większe miasto opowiadał ze wieczorami czasem strach wychidzic.Kręcą sie uchodźcy z Syrii szukają zaczepki w Holandii jest podobnie . Zastanawiam sie nad emigracja i nie wiem co wybrać Holandię czy Edynburg :)serdecznie pozdrawiam

    Post a Reply
    • Za krótko tu jestem, by móc się na ten temat wypowiadać. Po nocach też się po mieście nie kręcę, więc nie wiem. Generalnie czujemy się bardzo bezpiecznie.
      Sorry, że nie jestem, w stanie nic konkretnego w tym temacie napisać.

      Post a Reply
  6. Zapomniałem dodać uwielbiam waszego bloga fajna treść plus piękne zdjęcia ;)

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.