Teatr zwany sumo

 

Grupka starszych panów stojących przy bramie wejściowej stadionu Kokugika wypatruje swoich mistrzów. W rękach trzymają coś na kształt katalogów ze zdjęciami zawodników. Na części z nich widnieją autografy. Podekscytowani porównują swoje kolekcje i głośno dyskutują jak zdobyć brakujące podpisy. Co kilka minut pod stadion podjeżdżają kolejne samochody, z których wyłaniają się obfite ciała zawodników sumo ubranych w tradycyjne kimona. Fani wykrzykują ich imiona. Srogie i pozbawione jakichkolwiek emocji twarze sumoków nie są zapraszające, i tylko odważniejsi podchodzą do swoich idoli by zrobić sobie z nimi zdjęcie albo zdobyć brakujący w kolekcji autograf.

 

Jest wczesne popołudnie ósmego dnia krajowego turnieju sumo. To jeden z trzech 15-dniowych turniejów, które co roku odbywają się Tokio. Uzbrojona w kupiony kilka godzin wcześniej bilet wchodzę na stadion. Strażnik wręcza mi program walk, którego zupełnie nie rozumiem, mimo, że dostaję wersję dla turystów (czyli po angielsku, a nie po japońsku). Kiedy wchodzę do środka ogromnej areny, na dohyo, ringu umieszczonym w samym jej centrum, trwa właśnie walka.

Stadion Kokugika to ogromna hala mieszcząca na dwóch poziomach 13,000 widzów. Nad zbudowanym z gliny dohyo wisi przypominająca świątynny dach konstrukcja z frędzlami zwisającymi z każdego rogu, oznaczającymi cztery pory roku. Pod samym sufitem hali zawieszone są ogromne zdjęcia najlepszych zawodników w historii oraz ogromne kamery telewizyjne transmitujące przebieg turnieju do milionów japońskich domów. Wokół ringu, rząd za rzędem, usytuowane są „boksy” dla widzów. To w końcu Japonia, więc w boksach siedzi się na poduszkach ułożonych na ziemi. Odnajduję swój boks, japońskim zwyczajem ściągam buty i przyjmuję wygodną pozycję. Siedzący obok Japończycy witają mnie uśmiechami i skinieniem głów. Między rzędami co chwila bezszelestnie przemyka ubrany w tradycyjny strój kelner dbający, by publika zawsze miała co jeść i pić. Atmosfera jest piknikowo-festiwalowa, a dla mnie także dosyć oszałamiająca.

IMG_4157

 

Zasady sumo są bardzo proste – walkę wygrywa się poprzez wypchnięcie oponenta poza wyznaczony na dohyo obszar koła, lub poprzez położenie przeciwnika na ringu. Wystarczy by oponent dotknął ring choćby czubkiem palca, by walkę przegrał. W czasie trwającego 15 dni turnieju każdy rikishi (zawodnik) odbywa codziennie jedną walkę, każdego dnia z innym przeciwnikiem. Zwycięzcą turnieju i zdobywcą Pucharu Cesarza zostaje rikishi z największa liczbą zwycięstw w czasie trwania turnieju. Jestem zaskoczona faktem, że od kilku lat zwycięzcami są wyłącznie zawodnicy z Mongolii i Europy Wschodniej. Japoński zawodnik wygrał turniej po raz ostatni w styczniu 2006.

Stąd gdzie siedzę ring wydaje się być prawie na wyciągnięcie ręki. Wyraźnie widzę błyszczące od potu czoła zawodników i prawie czuję siłę, z jaką zderzają się ze sobą na początku walki. Trwa właśnie ostatnie starcie zawodników niższych dywizji i lada moment zacznie się to, po co tu przyszłam – walki dywizji maku-uchi. Sumo to sport niezwykle zhierarchizowany. Każdy z około 800 profesjonalnych zawodników przypisany jest do jednej z sześciu dywizji, a cel każdego z nich jest dokładnie taki sam – dotrzeć do najwyższej z nich – maku-uchi – i zdobyć w niej tytuł yokozuka (dywizja maku-uchi podzielona jest na kolejne pięć ranków). To nie jest jednak zadanie proste – w ostatnich 300 latach udało się to tylko 69 zawodnikom. W końcu, aby zostać yokozuka trzeba najpierw osiągnąć tytuł ozeki, i jako ozeki wygrać dwa turnieje pod rząd.

Zawodnicy dywizji maku-uchi to najlepsi z najlepszych, prawdziwe gwiazdy tego sportu, wielu z nich ze statusem celebrytów w Japonii. Dlatego czekając na ich występ siedzę jak na szpilkach. Za kilka minut ma zacząć się kolorowa ceremonia dohyo-iri poprzedzająca walki tej dywizji. Reszta widzów jest równie, a może i bardziej podekscytowana. Gdy ustawieni gęsiego maku-uchi w końcu wchodzą do hali, tłum wybucha w entuzjazmie. Każdy z sumoków ubrany jest w kesho-mawashi, jedwabny, zdobiony haftami i kosztujący fortunę fartuch. Powoli, jeden za drugim wchodzą na ring, a spiker głośno zapowiada imię każdego z nich. Po reakcji tłumu wyraźnie słychać, którzy zawodnicy są faworytami. Maku-uchi stają w kręgu i zaczynają krótki, synchroniczny niby-taniec, na który składa się podnoszenie rąk i prezentacja fartucha. Ceremonia rozbudza tłum do czerwoności, więc kiedy na doyho wychodzi pierwsza para zawodników, hala wrze.

IMG_4040

Każda walka zaczyna się w ten sam sposób – dwóch zawodników reprezentujących różne centra treningowe wchodzi na dohyo i rozpoczyna rytualne przygotowania zwane shikiri. Jak zahipnotyzowana obserwuję każdy ich ruch. Krok pierwszy to oczyszczenie ciała, czyli wypłukanie ust wodą i wytarcie skóry papierowym ręcznikiem. Krok drugi to oczyszczenie ringu – każdy z zawodników bierze do ręki garść soli i rozrzuca ją po doyho. Krok trzeci to te najbardziej znane ruchy sumo – przysiadanie, a potem podnoszenie w bok nóg i mocne nimi tupanie, które ma wygonić z ringu demony.

Zawodnicy nie rozpoczynają jednak zapasów, ale wracają do swoich rogów, stale z siłą uderzając dłońmi swoje uda i pośladki, rozgrzewając się w ten sposób do walki. Chwilę później powtarzają całość rytuału. A potem jeszcze raz. Przy trzecim powtórzeniu moi sąsiedzi ledwie siedzą w miejscu, a ja trochę zagubiona nie bardzo wiem, o co chodzi. To wszystko trwa już dobre kilka minut, a walki jak nie było tak nie ma. Zawodnicy po raz kolejny powracają do swoich narożników, i po raz kolejny powtarzają rytuał shikiri. Okazuje się, że tym razem po raz ostatni. Kiedy sumocy w końcu przyjmują pozycję oznaczającą ich gotowość do walki, cała arena milknie na kilka sekund. Zawodnicy nagle z cała siłą rzucają się na siebie, a tłum wybucha w okrzykach i oklaskach. Walka jest zawzięta i trwa raptem… kilkanaście sekund.

 

 

Kiedy po kilku rundach oswajam się z rytuałem shikiri i zasadami zapasów, w końcu zaczynam rozumieć magię sumo. Tkwi ona właśnie w ceremonialne otaczającym każdą jedną walkę. To on rozbudza emocje wśród widzów, trzyma wszystkich w napięciu i sprawia, że nawet po dwudziestu kilku walkach nadal oglądam je z fascynacją. Tym bardziej, że od czasu do czasu trafia się zupełnie niespodziewane zwycięstwo. I to dokładnie wtedy, kiedy wydaje mi się, że o sumo wiem już wszystko. Zawodnik stoi na brzegu ringu, wydaje się, że jego przegrana jest kwestią sekund. Jakimś cudem odzyskuje równowagę, popycha zaskoczonego przeciwnika i gwałtownie rzuca go na doyho. Tłum wybucha oklaskami, a ja razem z nim.

Europejska reakcja na sumo jest często taka sama – grubi mężczyźni w pieluchach; śmieszne i dziwne rytuały; podnoszenie nóg, tupanie, sapanie. Rzeczywiście proporcje ceremoniału do sportu mogą się w sumo wydać drastyczne, a sam sport wręcz teatralny. Przekonuję się jednak, że sumo dostarcza jednak o wiele lepszej rozrywki niż teatr. W końcu w jakim innym sporcie nawet sędzia występuje w przebraniu? Gyoji, czyli sędzia, przykuł moją uwagę już na samym początku. Ubrany w przepiękne kimono w samurajskim stylu oraz śmieszną, czarną czapkę, gyoji pilnuje przestrzegania reguł, i czyni to wszystko z niezwykła gracją, poruszając się po ringu posuwistym krokiem. Rozpoczęcie walki gyoji sygnalizuje używając wachlarza, a polecenia wydaje śmiesznym, cienkim głosem. Mój wzrok stale biega od sędziego do zawodników, bo nie chcę stracić z oczu żadnego z nich.

 

IMG_4438

 

Cztery godziny i około czterdzieści walk później nadal siedzę w swoim boksie i z fascynacją oglądam spektakl rozgrywający się kilkanaście metrów przede mną. Po reakcji tłumu widzę, że kolejna walka jest ostatnią tego dnia i tą najbardziej oczekiwaną. Walczyć będą ze sobą faworyci turnieju, którzy od kilku minut siedzą pod ringiem czekając na swoją kolej. Starszy pan zajmujący poduszkę obok mnie w ekscytacji prawie zrywa się z miejsca, kiedy gyoji zapowiada imiona ostatnich zawodników. Walka trwa dłużej niż wszystkie poprzednie, a gdy tylko się kończy dzieje się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam – cała hala zapełnia się fruwającymi w powietrzu różowymi poduszkami, na których jeszcze chwilę wcześniej wszyscy siedzieli, a które teraz wyrzucają w wiwacie w górę. To trwa raptem kilka sekund, ale dla mnie jest idealnym sposobem na zakończenie dnia. Tłum zaczyna powoli opuszczać halę, ale okazuje się, że to jeszcze nie koniec. Na doyho wchodzi Harumafuji, mongolski zwycięzca poprzedniego turnieju, i rozpoczyna ceremonialny taniec z łukiem, yumitori-shik. Widzowie w ciszy obserwują jego wystudiowane i bardzo precyzyjne ruchy, a gdy Harumafuji kończy, wybuchają oklaskami.

Już dawno nic nie zrobiło na mnie tak dużego wrażenia jak sumo. Żaden inny sport na świecie nie przetrwał setki lat w prawie niezmienionej formie – formie, która na pierwszy rzut oka może wydawać się skostniała i nudna. Ale jest dokładne odwrotnie. To właśnie tradycja i kilkusetletni ceremoniał sprawiają, że sumo to jeden z najlepszych spektakli na żywo, jaki można sobie zafundować. Tak dobry, że dwa dni później wracam do hali Kokugika na kolejną dawkę emocji.

 

 

Informacje praktyczne

Kiedy

Turniej sumo obywa się w Tokio trzy razy w roku, w styczniu, maju, i we wrzesień. Dodatkowo w marcu turniej odbywa się w Osace, w lipcu w Nagoya, a w listopadzie w Fukuoka.

Gdzie

W Tokio turniej odbywa się zawsze na stadionie Kokugika w dzielnicy Ryogoku oddalonej od centrum miasta około 30min jazdy pociągiem. Tuż przy stadionie znajduje się stacja kolejowa.

Bilety

Bilety na weekendy oraz na ostatnie kilka dni turnieju najlepiej kupić z wyprzedzeniem na http://www.sumo.or.jp/en/index. Na inne dni bilety można kupić na miejscu. Kasy biletowe stadionu Kokugika otwarte są od 8.00 każdego dnia trwania turnieju. Bilety dostępne są w różnych cenach. Najtańsze kosztują Y2,200 (około 70zł), najdroższe Y11,700 (około 360zł). Bilet jest ważny na cały dzień i pozwala na dwukrotne wejście na stadion.

Warto wiedzieć

Poza okresem turniejów możliwa jest wizyta na treningu sumo w jednym z wielu centrów treningowych w dzielnicy Ryogoku w Tokyo. W hotelach można znaleźć informacje o centrach treningowych zezwalających na wizyty turystów.

 

Ten tekst ukazał się wcześniej w magazynie Podróże, numer 10/2014

Jakiś czas po... - wywiad z podróżującą rodzinką z ChwytajDzien.pl
10 rzeczy, które musisz zrobić w Stambule

7 komentarzy

  1. Chociaż twarze zawodników faktycznie wyglądają groźnie to mam wrażenie, że to chyba jedyny sport walki, w którym tej walce daleko do brutalności. Ciekawe doświadczenie!

    Post a Reply
  2. Te zapasy są trochę jak taniec, trochę jak spektakl. Cała ich siła polega właśnie na tej wielowiekowej niezmienności, tradycji. Super sprawa!

    Post a Reply
  3. Sumo, dość specyficzny sport… ale to sport :) Nie za bardzo lubię patrzeć na spoconych panów ze sporą nadwagą, ale to przecież kultura i tradycja, którą trzeba uszanować. Nigdy nie mówię nigdy… może kiedyś będzie okazja wybrać się na takie zawody ;)

    Post a Reply
  4. Wygląda to (na zdjęciach) fascynująco, aczkolwiek nie wiem, czy mnie przekonuje do sumo ;).
    Na pewno duży urok tego sportu jest w jego tradycji, co w samo sobie jest już jakimś spektaklem – tak jak to trafnie ujął Michał. Na pewno warto byłoby zobaczyć.

    Post a Reply
  5. Niesamowity widok, przyznam, chciałbym zobaczyć na żywo! Tak swoją drogą, jak trzy lata temu wyjeżdżałem do Indii, ważyłem mocno ponad swoją normalna wagę. Żartowałem wtedy, że mógłbym brać udział w sumo wagi piórkowej :)

    Post a Reply
  6. Rada praktyczna. Na teren można wejść z własnym plecakiem. W plecaku można, a nawet zaleca się (wiele japończyków robi wręcz pikniki) wziąć jedzenie i picie na cały dzień. W razie potrzeby uzupełnienia zapasów lub innych potrzeb można raz opuścić teren i wejść ponownie (tak jak w tekście, dwukrotne wejście). Byłem, tak zrobiłem, polecam serdecznie!

    Post a Reply
  7. Bardzo mi się podoba sposób, w jaki opisałaś całe wydarzenie. Szczegółowo i z gracją. Podejrzewam, że dla Europejczyka sumo wydaje się dziwnym sportem do momentu, kiedy sam usiądzie na widowni i da się porwać temu widowisku ;)
    Śmiem jednak twierdzić, że teatr w sumo wykracza poza obręb ringu. Słyszy się czasem o skandalu z powodu ustawienia meczu. Zdarza się, że wojownik przegrywa specjalnie, aby jego przeciwnik nie stracił twarzy – często jest tak w momencie, kiedy nie potrzebuje on już więcej wygranych, aby awansować. Zdarza się też, że to sędziowie decydują o wygranej i nawet pomagają w ten sposób zawodnikowi wygrać. Czytałam, że najczęściej dzieje się tak w przypadku Yokozumy, który zaczyna przegrywać. Sędziowie rozstrzygają walki na jego korzyść, a on na koniec sezony odchodzi na emeryturę zachowując twarz.
    Zresztą, Japonia pełna jest tego typu historii, nie przestaje mnie fascynować. Jeszcze nie zagłębiałam się w kulturę Chin i Korei, ale plotka głosi, że u nich to wszystko jest jeszcze bardziej pogmatwane niż w Japonii. Posiadając też nieco wiedzy w temacie stwierdzam również, że wiele z „egzotycznych” zachowań kulturowych w Japonii jest nawet podobnych do naszych, z tym że celowo zostało ubranych w kolorowe piórka inności, aby się lepiej sprzedać. Jakby nie patrzeć, wiele kultur ma pewne cechy wspólne. Jesteśmy wszak rasą ludzką :)

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.