Jak polecieć samolotem z małym dzieckiem na drugi koniec świata i nie zwariować

1413134402-0

Dosłownie przedwczoraj wróciliśmy z Polski. Za nami 15tys kilometrów i trzy loty, by dostać się do Australii. Wcześniej były te same 15tys km i trzy loty w przeciwnym kierunku. Jako, że nigdy wcześniej nie latałam z dzieckiem, to oczywiście stresik był. Szczególnie w kierunku do Polski, bo leciałam bez Przemka. Okazało się jednak, że mimo iż nie było jakoś szczególnie lekko (czytaj: dla mnie podróż była bardzo mecząca), to nie było też tragicznie. Latanie z malutkim dzieckiem to spore przedsięwzięcie logistyczne, a tym co stresuje najbardziej jest chyba (mocno w głowie wyolbrzymiona) presja ze strony innych pasażerów, żeby nasze dziecko w żaden sposób nie zakłóciło ich podróży. Wszystko jednak jest dla ludzi, nawet lot z maluchem na drugi koniec świata. Ułatwić możesz go sobie tak:

1. Leć w nocy

To oczywiście nie zawsze jest możliwe, bo większość z nas lata wtedy, kiedy jest najtaniej. Jeśli jednak masz taką możliwość, to wybierz lot nocny. Wtedy masz prawie gwarantowane, że dzieciak prześpi większą część podróży.

2. Zrób stop over

W drodze powrotnej zrobiliśmy sobie 6-dniowy postój w Hong Kongu, i to był strzał w dziesiątke. Nie dość, ze spędziliśmy trochę czasu w fajnym mieście, to odpoczęliśmy po 13-godzinnym locie z Europy i ułatwiliśmy sobie trochę przestawienie się na nowy czas (między Polską z HK jest 7h różnicy, a to jednak sporo mniej niż między Polską a Australią, gdzie ta różnica wynosi 10h).

3. Zarezerwuj łóżeczko

Na trasach międzykontynentalnych, na których latają duże samoloty, istnieje możliwość zamontowania koszyków-łóżeczek dla dzieci. Łóżeczka są dosyć małe, dziecko starsze niż pół roczne będzie miało w nim trochę ciasno, ale tak czy siak warto takie łóżeczko załatwić, bo to jednak duża wygoda w porównaniu z trzymaniem dziecka na rękach czy kolanach przez długie godziny. Rożne linie lotnicze mają w tej kwestii rożne reguły – niektóre pozwalają rezerwować je już przy zakupie biletu, inne robią to dopiero przy odprawie.

4. Weź nosidełko i wózek

Lecąc z dzieckiem, poza przysługującym nam limitem bagażu, możemy zabrać ze sobą wózek. I chyba każda linia lotnicza pozwala zabrać wózek aż do samego wejścia do samolotu. Dopiero tam jest on od nas odbieranym i wkładany do luku bagażowego. Wózek znów dostajemy zaraz po wyjściu z samolotu. To świetna sprawa, bo dziecka nie trzeba po lotnisku nosić na rękach, a przy okazji dłuższych przesiadek jest to bezcenne.
Nosidełko – takie, w którym można dzieko nosić na klatce piersiowej – to mój dziecięcy gadżet numer jeden. Wkładam w niego Olivię przy wsiadaniu i wysiadaniu z samolotu, dzięki czemu mam dwie wolne ręce. To także w naszym przypadku niezawodne miejsce na spanie dla Małej. Gdy na jednym odcinku podróży odmówiła spania w samolotowym łóżeczku, włożyłam ją do nosidełka, w którym spała jak suseł. Jak dla mnie taka opcja jest o niebo wygodniejsza niż spanie ma rękach, bo z nosidełkiem mam wolne ręce, mogę zjeść, wstać, chodzić po samolocie.

5. Zabawki ogranicz do minimum

W samolocie wszystko jest dla małego dziecka zabawką – czasopismo pokładowe, poduszka, plastikowa łyżeczka itp. Dlatego zabawki ogranicz do minimum, będziesz mieć mniej bagażu. My mieliśmy ze sobą tylko ulubioną książeczkę Olivii i ulubioną gumową zabawkę do gryzienia.

6. Mądrze spakuj najważniejsze rzeczy

Zestaw do przewijania (pieluchy, mokre chusteczki, jednorazowa mata do przewijania) spanuk w niewielką reklamówkę, którą trzymaj pod siedzeniem – będzie dostępna w każdej chwili. Ubranko na zmianę na przypadek „awarii” dobrze mieć na samym wierzchu bagażu podręcznego, żeby nie było problemu z przekopywaniem całej torby, żeby znaleźć co trzeba.
A propos „awarii” – polecam zaopatrzyć się w wodoodporną osłonę na pieluchę (chodzi o coś takiego). Szczelnie okrywa pieluchę i zapobiega większości wycieków.

7. Karmienie działa zawsze

Jak dziecko marudzi, jest płakliwe, zatykają mu się uszy itp, to chyba najlepsza sprawdzona metoda to nakarmienie go. Na czas podróży zapomnij o stałych porach karmienia, o jakiejkolwiek rutynie. Ważeniejsze jest to, by dla dziecka podróż była jak najmniej uciążliwa. Więc jak trzeba to karm – choćby co pół godziny. A dziecko na cycu (czy na butelce) to dziecko zadowolone.

8. Nie skupiaj się na najgorszym możliwym scenariuszu

Boisz się, że twoje dziecko będzie całe 13h lotu płakać? A czy płakało kiedyś w swoim życiu 13h bez przerwy? Założę sie, że nie. Będzie dobrze. Być może zabrzmi to egoistycznie, ale nie przejmuj się za bardzo współpasażerami i ich komfortem podróży, tylko skup się na komforcie swoim i swojego dziecka, a wtedy wszyscy będą zadowoleni. Zdecydowana większość współpasażerów, nawet jak nie będzie specjalnie szczęśliwa z sąsiedztwa malucha, na pewno będzie wyrozumiała. (Prawie) każdy przecież wie, że dziecko nie rozumuje racjonalnie, więc należą mu się trochę inne względy.

Krótko mówiąc – wszystko jest do zrobienia i do przeżycia!

 

Zdjęcie: British Airways Speedbird Heritage Centre
Sydnejska Opera w National Geographic Traveler
Wiesz, że zbyt długo mieszkasz w Australii, kiedy...

3 komentarze

  1. Z lataniem nocnym zgadzam sie, ale pod warunkiem ze dziecko jest naprawdę małe. Lecieliśmy niedawno z półtorarocznym Ignasiem do Omanu, nocą, i było cieżko jak nigdy- na kolanach ze zmęczonym płaczącym dzieckiem. Pewnie wiele zależy od tego jaka dziecko ma łatwość w zasypianiu.

    Post a Reply
  2. Co tu wiele mówić, jak ktoś z cywilizowanego świata pochodzi to i wie jak uciszyć dziecko podczas podroży, jak zrobić żeby nie być uciążliwym dla współpasażerów, prawda? Polacy wiedzą (na pewno większość wie) a tacy np.Australijczycy „do not give a s.it about it” i pozwalają dzieciakowi na dosłownie wszystko, a niech się drze, a niech będzie sobie ob.rane przez kilka godzin i zatruwa atmosfere dookoła, a niech się głupkowato świdrująco i przeszywająco śmieje (to już do starszych dzieciaków się tyczy) podczas podróży od startu do lądowania (i nie ma reakcji na upomnienia od pasażerów) Mamusia w tym czasie na słuchawkach rozgłoszonych na maxa ogląda ciekawy film, a tatuś nabuzowany trunkami chrapie. Zero kontroli, zero odpowiedzialności, zero wychowania. Takie są australijskie dzieci, a później widać taką właśnie młodzież, nic nie wartą i do niczego w życiu nie dojdzie bo nie są nawet samodzielni w wieku 20 lat, nie mówiąc o jakiejś mądrości życiowej czy odpowiedzianości. Codziennie widzę 18-to albo 20-to letnie dziewuchy (cyc minimum D albo i większy i figura dorosłej kobiety) jak zachowują się niczym przedszkolaczki, podskakują sobie, podśpiewują, wykonują infantylne ruchy i mają generalnie puste główki. Takie osoby później mają swoje dzieci i podczas podróży jest to co jest, no ale jak niby mają się zachowywać skoro od dziada, pradziada nie otrzymali ani jednego mądrego słowa od swoich rodziców, nie tak jak my Polacy, upominani i uczeni dobrych manier od maleńkiego, karceni i uczeni, uczeni, uczeni co wolno, a czego nie, co teraz w życiu się przydaje (ale nie w Australii bo tu to nie jest potrzebne) ale bardzo boli jak się patrzy ile jeszcze dziczy jest na świecie w XXI wieku. Pozdrawiam.

    Post a Reply
    • Tak to brzmi jakby każde polskie dziecko było chodzącym ideałem posiadających idealnych rodziców, natomiast każde australijskie to za to jakaś porażka. W każdym kraju są ludzie wychowani i niewychowani, więc takie generalizowanie jak w Twoim komentarzu jest bez sensu.

      Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.