Recenzja książki „Swoją Drogą” + 35% rabatu za jej zakup + dwa konkursy z nagrodami!

„Swoją Drogą”

Swoja_droga„Zabiorę cię w dowolne miejsce na świecie. Pod jednym warunkiem – decyzję, dokąd chcesz lecieć i po co, musisz podjąć już, w tej chwili”.

Taką ofertę złożył swojemu przyjacielowi Marcinowi autor książki, Tomek Michniewicz.  Z Marcinem, kiedyś pełnym wielkich planów na życie studentem stosunków międzynarodowych, a dziś znudzonym życiem księgowym w korporacji jadą razem do Kamerunu. Drugą ofertę podróży gdziekolwiek Tomek składa swojej żonie, Mariannie – jadą razem do Arabii Saudyjskiej. Trzecia podróż wiedzie Tomka i jego tatę do Nowego Orleanu.

Na pierwszy rzut oka „Swoją Drogą” to opowieść o tych trzech podróżach. Każda z nich jest inna i każdą czyta się świetnie. Jednak książka ma drugie dno – Tomek zabierając w daleki świat trzy ważne dla siebie osoby próbuje z jednej strony pokazać im co sam kocha w podróżach, ale także dać im szansę nad przemyśleniem swojego życia. Książka ma jednak jeszcze jedną warstwę – tworzą ją przemyślenia Tomka na temat tego własnego życia, wyborów jakich dokonuje i tych, których dokonać się boi.

Nie czytałam wcześniejszych książek autora – Samsary i Gorączki – więc nie wiedziałam czego spodziewać się po „Swoją Drogą”. Powiem tyle – książka jest bardzo dobra. Tomek świetnie opisuje nie tylko miejsca, w które zabiera swoich kompanów, ale także rewelacyjnie wyjaśnia zawiłości lokalnych kultur, nie wydając jednoznaczynych opinii, nie oceniając, raczej pozostawiając czytelnikowi możliwość samodzielnej interpretacji.  Książkę czyta się świetnie (pochłonęłam ją całą w trzy wieczory), nie tylko z racji na ciekawą tematykę, ale także na wprawne pióro autora. 

Werdykt? Warto, na prawdę warto. I to nie ważne czy jesteś podróżnikiem z wieloletnim stażem jeżdżacym na wyzywające ekspedycje, czy może wolisz wczasy przy basenie w Tunezji – w tej książce każdy znajdzie coś dla siebie. Polecam!

 

Konkurs pierwszy – Wygraj książkę!

Wydawnictwo Otwarte, które jest wydawcą książki, ufundowało dla czyteników Careerbreak.pl dwa egzemplarze „Swoją Drogą”. By wziąć udział w losowaniu książki wystarczy:

– lubieć profil Careerbreak.pl na Facebooku. Możesz to zrobić TUTAJ;

– w komentarzu pod tą notatką opisać największą/najbardziej emocjonującą/niezapomnianą przygodę z ostatniej podróży jaką odbyłeś. Nie ważne czy to była podróż wgłąb boliwijskiej dżungli, czy może długi weekend nad polskim morzem;

Jury, czyli ja, wybierze dwie najciekawsze wypowiedzi, których autorzy dostaną książkę. Konkurs trwa do 11 maja.

 

Konkurs drugi – wygraj podróż z Tomkiem Michniewiczem w dowolne miejsce na świecie

Tomek Michniewicz zabierze w dowolnie wybrane miejsce na świecie jedną osobę – osobę, która go do tego przekona. Nie ma żadnych haczyków, żadnego drobnego druku. Musisz po prostu w przekonywujący sposób napisać dlaczego to akurat Ty zasługujesz na wygraną. Jeśli wygrasz, Tomek zabierze Cię dokładnie tam gdzie chcesz jechać. Zgłoszenia do konkursu przyjmowane są na stronie promocyjnej książki TUTAJ.

Zgłoszeń będzie pewnie cała masa, więc warto się wysilić i napisać jakieś bombowe uzasadnienie swojej kandydatury, bo taka okazja jak bezpłatna podróż w dowolne miejsce na świecie nie zdarza się codziennie.

35% zniżki na zakup ‚Swoją Drogą’

Na stronie wydawnictwa Znak możesz do 31 maja kupić „Swoją Drogą” z 35% rabatem! Jedyny warunek jest taki, by poza „Swoją drogą” kupić jeszcze przynajmniej jedną książkę (max 10 tytułów). Wtedy na wszystkie otrzymasz 35% rabatu. Wystarczy w pole kod rabatowy zamówienia wpisać CAREERBREAK35%.  Książkę z rabatem można kupić TUTAJ.

W tej chwili na „Swoją Drogą” jest 30% zniżka, więc używając kod CAREERBREAK35% dostaniesz kolejne 5% zniżki. Rabat nie kumuluje się z innymi promocjami. 

Miłej lektury! 

Po co mi zagranica, ja mam raj u siebie
Wszystko co musisz wiedzieć, by wynająć mieszkanie w Australii

14 komentarzy

  1. Celem mojej ostatniej podróży były Hawaje. Ciężko opisać mi najbardziej emocjonującą przygodę, jednak niezapomniane przeżycia już owszem. Na największej wyspie archipelagu, czyli na Hawaii główną atrakcją miał być Narodowy Park Wulkanów i czynny wulkan Kilauea. Pogoda na Hawajach stała jest w swej zmienności, więc gdy dojechaliśmy do Visitors Center siąpił drobny deszcz. Nie ostudziło to jednak naszego zapału do zobaczenia na żywo płynącej lawy i gorących płomieni. Wulkan Kilauea jest aktywny od przeszło 30 lat i wyrzuca co roku tony roztopionych skał, które później spektakularnie wpadają do oceanu. Jednak chyba poprzedniego wieczoru uraziłam czymś boginię wulkanu Pele, bo tego mglistego i deszczowego poranka, postanowiła przestać się odzywać i lawa przestała płynąć… Przewodniczka nas pocieszała i zapewniała, że może wieczorem będzie coś widać, pozostało nam jednak tylko podziwianie krajobrazu ukształtowanego przez żywioł wcześniej.

    Pomimo tego, że zła jestem jak osa, że się nie udało zrealizować tego co zaplanowaliśmy, to jednak piękno budzącego się na nowo do życia świata, stanięcie na skraju świata (Hawaje to najbardziej odizolowane wyspy na świecie) zostawiły w nas niezapomniany ślad i wspaniałe wspomnienia.

    Post a Reply
  2. Nie był to weekend nad polskim morzem a weekend w polskich górach a dokładnie w Zakopanym. Moi koledzy w sobotę wyciągnęli mnie do karczmy, gdzie od słowa do słowa zeszliśmy na tematy odwagi. (nie ukrywam, że mi tej odwagi w rozmowie dodawała kolejna lampka wina:)) I w końcu stanęliśmy na skoku ze spadochronu. W trakcie rozmowy zahaczyliśmy również o skok na bungee. Nie ukrywam, że sama zdołałam siebie przekonać, że jestem w stanie skoczyć. Jako, że zazwyczaj nasze rozmowy kończą się na planach nic sobie z tego nie robiłam. Następnego dnia kiedy udaliśmy się na Gubałówkę Panowie nie omieszkali mi przypomnieć moich przechwałek i z dumą wskazali mi na bungge (o którego istnieniu niestety w Zakopanym nie wiedziałam) I tak trochę dane im słowo, trochę duma a trochę chęć pokonania samej siebie (panicznie boję się wysokości) sprawiły, że w pewien czerwcowy weekend 2013 roku dokładnie 16.06 oddałam swój pierwszy skok na bungee. Ogromny strach i walka z wyłączeniem mózgu, który usilnie zaciskał moje dłonie na linach i nie chciał ich puścić. Następnie Niesamowite 4 sekundy bezwładnego lotu bez poczucia własnego ciała, coś niesamowitego! Dzięki moim Panom w tym roku planuję skoczyć kolejny raz, ale wiem, że strach będzie taki sam.

    Post a Reply
  3. Gdybym było mnie stać na wyprawę w głąb boliwijskiej dżungli, na Hawaje czy do Indochin to szkoda by mi było czasu na Wasz konkurs. W takie miejsca to ludzie z mojej kasty mogą się wybrać sięgając po książkę na półce. W majowy długi weekend miałem okazję wybrać się do Żerkowsko-Czeszewskiego Parku Krajobrazowego. Warta jest tam niczym Amazonka, drzewa i trawy niczym selwa, przeprawy promowe na Warcie emocjonujące jak przeprawa przez Styks, a kleszcze jak… kleszcze- to ostatnie akurat wszędzie chyba takie samo. Jeśli weźmie ze sobą rower to podążając ścieżkami edukacyjnymi będziesz się czuł niczym eksplorator w dżungli zmagający się z niepotrzebnym bagażem, gdyż nie wszędzie da się tam dojechać na rowerowym siodełku. A kiedy dotrzesz już do miejsca gdzie Lutynia wada do Warty to praktycznie jakbyś zobaczył deltę Nilu. A jeśli rower wpadnie Ci do rzeki przy którymś zjeździe to już na pewno nie zapomnisz tej wyprawy. Mi akurat nie wpadł, ale cytując klasyka: I tak było zajebiście.

    Post a Reply
    • Może faktycznie powinieneś wygrać tę książkę i przekonać się, że wyjazd na hawaje czy do boliwijskiej dżungli jest w zasięgu każdego śmiertelnika, nawet studenta ;-)

      Post a Reply
  4. Bułgaria- tam kiedyś wrócę…,bo moja droga przez życie to podróżowanie.Kiedy jest możliwość to pakuję się z rodzinką (mężem,chłopcami 5-io i 10 latkiem) obieramy bliższy lub dalszy cel i ruszamy…Jak w zeszłe wakacje… do Bułgarii.Pierwsza daleka/ bliska zagraniczna podróż dla moich dzieci,w dodatku autokarowa.Bułgaria mnie, nas zauroczyła, ale i rozczarowała.Piekny kraj, ale zaniedbany. Ale urzekli mnie ludzie, którzy byli przyjaźni, radośni, zwyczajnii i wcale nie chodziło o wkupienie sie w łaski turysty, którego przyjazd= zysk. Tylko tak zwyczajnie chetnie opowiadali o swoim kraju, życiu.I aż chciało się zwiedzić wiecej i więcej…Swoja drogą dobrze,że wszystkiego nie zwiedziliśmy, bo mamy kolejny cel podróży :)Dopiero zaczynamy swoją podróżniczą drogę

    Post a Reply
  5. Bułgaria- tam kiedyś wrócę…,bo moja droga przez życie to podróżowanie.Kiedy jest możliwość to pakuję się z rodzinką (mężem,chłopcami 5-io i 10 latkiem) obieramy bliższy lub dalszy cel i ruszamy…Jak w zeszłe wakacje… do Bułgarii.Pierwsza daleka/ bliska zagraniczna podróż dla moich dzieci,w dodatku autokarowa.Bułgaria mnie, nas zauroczyła, ale i rozczarowała.Piekny kraj, ale zaniedbany. Ale urzekli mnie ludzie, którzy byli przyjaźni, radośni, zwyczajnii i wcale nie chodziło o wkupienie sie w łaski turysty, którego przyjazd= zysk. Tylko tak zwyczajnie chetnie opowiadali o swoim kraju, życiu.I aż chciało się zwiedzić wiecej i więcej…Swoja drogą dobrze,że wszystkiego nie zwiedziliśmy, bo mamy kolejny cel podróży :)Dopiero zaczynamy swoją podróżniczą drogę

    Post a Reply
  6. Mnie w podróżach zawsze fascynują ludzie – dla mnie: temat rzeka… Chociaż w ostatnim czasie przejechałam na rowerze boliwijską „drogę śmierci”, w amazońskiej dżungli spałam pod gołym niebem, próbowałam się wspiąć na Cotopaxi w Ekwadorze, wszyscy odradzali mi wyjazd do Los Mochis w Meksyku, ja jednak pojechałam… to wszystkie te przygody nie byłyby tak ekscytujące gdyby nie ludzie, których wówczas poznałam.
    W Kambodży popłynęłam łódką na popularną wśród lokalnych (i nie tylko) turystów wysepkę – Koh Tonsay czyli na Wyspę Królików. Nie wiem co ma ona wspólnego z królikami, żadnego tam nie widziałam :-) Wszyscy z łódki od razu po przypłynięciu rozłożyli się na leżakach a ja z mężem postanowiłam obejść wyspę dookoła. Nie udało nam się to (i wcale nie żałujemy! :-)) bo po około 40 min spaceru spotkaliśmy khmerską rodzinę, która właśnie zasiadała do obiadu, którą to odwiedziła – żeby było ciekawiej – rodzina z Wietnamu (która – żeby było jeszcze ciekawiej – na nielegalu przypłynęła do nich łódką). Pewnie sobie wyobrażacie: zapraszają nas do domu, siadamy przy stole i miło sobie gawędzimy… Nie. Siedzieliśmy na jakimś dziwnym podeście, na podłodze oczywiście, zero elektryczności, zero iPhonów, telefonów… całkiem inny świat. Wspólne kieliszki (niekoniecznie polecam khmerską „whisky” :-)), talerze… Zainteresowali się aparatem – zrobiłam kilka zdjęć i wszyscy oglądaliśmy je potem. Pewnie zastanawiacie się jak się z nimi porozumiewaliśmy? :-) To i dla mnie było ciekawe doświadczenie: jedna osoba znała kilka słów po ang, dosłownie kilka, ale to wystarczyło :-) do tego gesty, uśmiechy… Z jednej strony można pomyśleć sobie: biedni ludzie, nie mają butów, bieżącej wody, światła ale z drugiej nie widziałam dawno tak szczęśliwych ludzi, którzy mimo, że mało sami mają chętnie dzielą się z innymi. To jest jeden z tych dni który będę zawsze pamiętała.
    Emocjonujący był potem bieg na ostatnią łódkę, która odpływała z wyspy – trochę się zasiedzieliśmy u khmerskiej rodzinki :-) Zdążyliśmy.

    Post a Reply
  7. Ostatnią niezapomnianą podróż opisała już na Waszej stronie moja żona, a ja opiszę te wakacje od których zaczęło się moje podróżowanie. Wspominam je dzięki starym zdjęciom i kilku mocno utrwalonym zdarzeniom, które zapadły mi głęboko w pamięć. Wycieczka z rodziną do Włoch. Długa podróż trzech rodzin trzema samochodami ( dwoma polonezami i ładą samarą) za granicę. Przepiękne widoki austriackich pasm górskich oglądane z dróg marzeń ówczesnych czasów każdego polskiego kierowcy – autostrad. Długa podróż była urozmaicana krótkim odpoczynkiem nad Balatonem. Wiedeń i Budapeszt oglądany niestety przez szybę samochodu. Przejazd przez nie wiązał się z obawą, żeby nie zgubić się na trasie. Ciągłe wertowanie map atlasu samochodowego Europy( nie było GPS).Wreszcie upragniony dojazd na kemping położony nad Adriatykiem. Do tej pory pamiętam nazwę Marina di Venezia. I wreszcie -wycieczka do Wenecji. Ogrom turystycznych atrakcji: Plac i bazylika Św. Marka , most Westchnień, przejażdżka tramwajem wodnym, widok gondoli, sklepików ze złotą biżuterią. To zapamiętało kilkunastoletnie dziecko, jakim wtedy byłem. Dla mnie podczas tych wakacji nastąpiło zderzenie dwóch światów- szarej Polski, Łodzi, ze światem, który starałem się opisać. Pamiętam jeszcze coś :widok i smak robionej w ogromnym piecu na oczach klienta włoskiej pizzy i podane przez kelnera w jednej z włoskich knajpek spaghetti frutti di mare z muszlami omułek na wierzchu oraz pyszne mrożone lody kupione na basenach w Hajduszoboszlo czy też smak niemieckiej czekolady jedzonej w Monachium. Ta podróż czy inne m.in. do Gruzji, do Batumi i Kiszyniowa, Kijowa, w które zabrali mnie moi rodzice wzbudziło we mnie potrzebę ciągłego podróżowania. Może kolejna podróż już jest na wyciągnięcie ręki…

    Post a Reply
  8. Ostatnią niezapomnianą podróż opisała już na Waszej stronie moja żona, a ja opiszę te wakacje od których zaczęło się moje podróżowanie. Wspominam je dzięki starym zdjęciom i kilku mocno utrwalonym zdarzeniom, które zapadły mi głęboko w pamięć. Wycieczka z rodziną do Włoch. Długa podróż trzech rodzin trzema samochodami ( dwoma polonezami i ładą samarą) za granicę. Przepiękne widoki austriackich pasm górskich oglądane z dróg marzeń ówczesnych czasów każdego polskiego kierowcy – autostrad. Długa podróż była urozmaicana krótkim odpoczynkiem nad Balatonem. Wiedeń i Budapeszt oglądany niestety przez szybę samochodu. Przejazd przez nie wiązał się z obawą, żeby nie zgubić się na trasie. Ciągłe wertowanie map atlasu samochodowego Europy( nie było GPS).Wreszcie upragniony dojazd na kemping położony nad Adriatykiem. Do tej pory pamiętam nazwę Marina di Venezia. I wreszcie -wycieczka do Wenecji. Ogrom turystycznych atrakcji: Plac i bazylika Św. Marka , most Westchnień, przejażdżka tramwajem wodnym, widok gondoli, sklepików ze złotą biżuterią. To zapamiętało kilkunastoletnie dziecko, jakim wtedy byłem. Dla mnie podczas tych wakacji nastąpiło zderzenie dwóch światów- szarej Polski, Łodzi, ze światem, który starałem się opisać. Pamiętam jeszcze coś :widok i smak robionej w ogromnym piecu na oczach klienta włoskiej pizzy i podane przez kelnera w jednej z włoskich knajpek spaghetti frutti di mare z muszlami omułek na wierzchu oraz pyszne mrożone lody kupione na basenach w Hajduszoboszlo czy też smak niemieckiej czekolady jedzonej w Monachium. Ta podróż czy inne m.in. do Gruzji, do Batumi i Kiszyniowa, Kijowa, w które zabrali mnie moi rodzice wzbudziło we mnie potrzebę ciągłego podróżowania. Może kolejna podróż już jest na wyciągnięcie ręki…

    Post a Reply
  9. Londyn w grudniu 2013. Wyczekiwane od pół roku wyjście do teatru Sadler’s Wells. Weekend ze względu na intensywny plan rozrywek zaplanowany co do minuty. W ostatniej chwili okazuje się, że nie mam noclegu, na szczęście koleżanka poleca znajomego który ma kawałek podłogi, pakuję się i wyjeżdżam z domu.

    Od początku wszystko idzie nie tak. Samolot odlatuje z czterogodzinnym opóźnieniem, gubię się w metrze i zdążam na ostatnią chwilę na spektakl, poprawiając po całym dniu makijaż i wciskając się w sukienkę w ciasnej toalecie teatru. Spektakl fantastyczny, ale to dopiero po nim zaczyna się przygoda. Ze znajomym od noclegu z którym mam się spotkać pod klubem nie mogę nawiązać kontaktu, w końcu mój telefon się rozładowuje. Czekam około godziny na zewnątrz klubu (do środka nie wchodzę ze względu na bagaż podręczny), a on w tym samym czasie czeka 5 metrów ode mnie,ale w środku na parterze. Nigdy się nie spotykamy, a ja wkurzona zaczynam szukać hostelu.

    Sobota o północy. Po 5 hostelu w którym wszystko jest zajęte widzę, że nie będzie tak łatwo. Zaczynam trochę panikować, kiedy nie ma miejsca również w hotelach. Zaczynam pytać nawet w knajpach czy nie mają miejsc dla obsługi, z których mogłabym skorzystać. Udaje mi się skorzystać z internetu stacjonarnego i szybko oceniam sytuację. Samolot powrotny jest dopiero w poniedziałek, powrót autobusem za kilka godzin jest zdecydowanie najgorszą opcją. Za 4 godziny mam autobus do Brighton, gdzie miałam jechać następnego dnia. Zostawiam bagaż w szafce, wykupuję nocleg na kolejną noc i jadę na dworzec (po drodze będąc świadkiem bójki w McDonalds i alkoholowych problemów żołądkowych jednego pasażera w komunikacji miejskiej).

    Victoria Couch Station nie jest najprzyjemniejszym miejscem o 4 nad ranem. Nie ma ani jednego czynnego okienka, a automat w jedynej otwartej sali, gdzie zgromadziły się wszystkie żule z okolicy, nie chce mi sprzedać biletu. Po godzinie czekania okazuje się, że żaden z kierowców nie słyszał o autobusie do Brighton o tej porze.

    Obok, na stacji kolejowej, kupuję bilety na pociąg 15 minut przed jego odjazdem. Po 24 godzinach na nogach mam przed sobą 180 minut przyjemnej drzemki na szybie, słuchając przez sen gdybania nastolatek jaka jest moja historia i czemu uciekłam z domu.

    Do Brighton dojeżdżam akurat na wschód słońca, oglądam grupę morsów kąpiących się w lodowatej wodzie i zjadam angielskie śniadanie, które jest co najmniej obrzydliwe, ale ten punkt na mojej liście mogę przynajmniej odhaczyć. Dopiero w Polsce okaże się, że miejsce które tak bardzo chciałam zobaczyć na wybrzeżu jest oddalone o 20 kilometrów od Brighton i będę musiała jechać tam kiedyś jeszcze raz.

    Po spacerze po mieście wracam do Londynu i idę spać po 36 godzinach spędzonych na nogach. Wieczorem udaje mi się jeszcze wyskoczyć na piwo z poznaną francuzką, która być może kiedyś zostanie słynną aktorką.

    Butelkę dobrego polskiego trunku, który miał dostać mój gospodarz dostaje przypadkowa dziewczyna z Belgii, która śpi w moim hostelu, bo nie mogę wrócić z alkoholem samolotem, a głupio wyrzucić w bramce przed kontrolą osobistą na lotnisku.

    Post a Reply
  10. Wysiadłam ok 18 na stacji kolejowej w Guantong. Taka chińska Bydgoszcz. Nikt tu nie przyjeżdża z turystów bo nie ma po co. Dla mnie to było miasto przesiadkowe do Xi’an. Wyluzowałam, nie sprawdziłam wcześniej czy są jakieś hostele czy guesthousy. Okazało się że nie było. A kolejny środek transportu był dopiero rano. Zatem szukałam noclegu, zwłaszcza że byłam po 20godz w pociągu. W ofercie były hotele robotnicze. Dla mnie akceptowalne finansowo i jakościowo. Niestety dla władz chińskich ja byłam nie akceptowalna by tam mic chociaż wejść. Czekała mnie zatem noc na dworcu. Niby nic, ale ten pierwszy raz zawsze przeraża. Pomyślałam- spróbuję ponegocjowac jednak jeszcze raz w hotelu. Jedna noc, może się zlituja. Negocjacje robiły się coraz głośniejsze, przyszla policja. Już pogodziłam się z przegraną. Aż zjawił się sympatyczny i znający angielski Chinczyk. Chciał pomóc. Po chwili prowadzenia negocjacji z obsługą hotelu powiedział coś mniej więcej tak: „tu nie przenocujesz. Ale jak chcesz to pójdź ze mną”. I nie wiem czy ze zmęczenia czy z innego chwilowego wyłączenia rozsądku, zgodziłam się. I tak rozpoczęła się najlepsza przygoda z mojej 2 miesiecznej podróży po Chinach. Oprowadzal mnie po mieście, po ulubionych knajpach, rozmawialiśmy, okazał się być prawnikiem. Finalnie oddał mi swoje łóżko, a rano kupił bilety i zawiózł na autobus w moją dalszą podróż. Nigdy bym nie poznała tylu smakow, miejsc i ludzi, gdybym choć ten raz nie wyłączył środkowo europejskiego rozsądku. Trochę zaufania do ludzi, bo wszędzie są dobrzy ludzie

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.