Na co wydać $100?

8463683689_baa33ca431_b

Zdjęcie: epSos.de (Flickr Creative Commons)

Tydzień temu przydarzyło mi się coś bardzo dziwnego. W skrzynce na listy znalazłam zaadresowaną do siebie kopertę, a w kopercie jednorazową kartę upominkową Visa z załadowaną kwotą $100. Nie mam pojęcia od kogo ani za co ją dostałam. Być może kiedyś wypełniłam jakąś ankietę online, za którą obiecywano losowanie nagród? Nie mam pojęcia, ale w każdym razie stałam się bogatsza o $100.

$100 to w moich sydnejskich realiach nie dużo, więc nie zmieni to mojej sytuacji materialnej w jakiś drastyczny sposób. Za $100 można kupić pięć biletów do multikina, pójść we dwójkę na kolację do trochę lepszej restauracji albo kupić parę butów. Głowy nie urywa. Pomyślałam sobie jednak, że skoro trafiła mi się taka niespodziewana kasa – nawet, jeśli to nie majątek – to wydam ją na siebie, na jakąś pierdołę, coś, na co miałam od dłuższego czasu ochotę, coś być może zbędnego, ale coś, co da mi trochę przyjemności. Że po prostu wydam te pieniądze na jakąś pierdołę.

No i myślę już cały tydzień, na co by te pieniądze wydać i nic nie przychodzi mi do głowy. Tak, wiem, co myślisz. Że tyle możliwości jest – buty, ciuchy, kosmetyki, książki, płyty i masa innych potencjalnych przyjemności. Ale chodzi o to, że ja żadnej z tych rzeczy nie chcę. Już prawie kupiłam sobie torbę, ale stwierdziłam, że przecież jej nie potrzebuję, i z zakupy zrezygnowałam. To wydarzenie uświadomiło mi jak bardzo w ostatnich latach zmieniło się moje podejście do pieniędzy.

Kiedyś głównym kryterium przy wydawaniu pieniędzy było moje widzimisię, aktualny humor, zachcianki. Dziś głównym kryterium jest potrzeba. Stałam się mistrzem w odróżnianiu tego, co potrzebuję od tego co chcę. Stałam się też mistrzem w niekupowaniu tego, co chcę. Na serio nie pamiętam, kiedy ostatni raz wydałam pieniądze na coś zbędnego. Nie, to nie jest tak, że skąpię na wszystko i nie mam z życia żadnych przyjemności. Bo tej mam z życia masę. Nauczyłam się po prostu, że wymiana ciężko zarobionych pieniędzy na przedmioty, które nie są mi potrzebne i które powszednieją mi z prędkością światła, nie jest dla mnie sposobem na spełnienie. Pieniądze przynoszą mi radość tylko wtedy, kiedy wymieniam je na to, co rzeczywiście gwarantuje mi lepsze samopoczucie. Takich rzeczy jest kilka – dobre książki (które kupuje tylko i wyłącznie wtedy, jeśli nie jestem w stanie znaleźć ich w bibliotece), lancz raz na jakiś czas w jednej z moich ulubionych azjatyckich knajpek w Sydney, i oczywiście wszelkiej maści wyjazdy. Nowy ciuch, nowa torebka, jakiś elektroniczny gadżet, czy kolorowy magazyn są mi zupełnie obojętne.

Ktoś może uzna, że smutny mój żywot, że nie wiem ile przyjemności tracę nie powiększając stale garderoby, zbioru płyt i gadżetów, ale mnie wcale nie jest smutno. Bo kiedy na email przychodzi informacja o jakiejś promocji lotniczej, to nie muszę kombinować skąd wziąć kasę na bilet. Kasę mam, bo nie wymieniłam jej na kolejną parę butów czy nowy model telefonu.

Wygląda więc na to, że moje niespodziewane $100 wydam w jakiś niesamowicie praktyczny sposób. I dobrze mi z tym.

Od Tokyo wolę Osakę
Relacja z Australijskiego Hangout On Air

13 komentarzy

    • Zdecydowanie odradzam. Dlaczego chcesz by firma 23andme miala dostep do Twojego DNA i wiedziala jakie masz ryzyko zachorowan na rozne choroby? Wiecej z tego moze przyjsc zlego niz pozytku.

      Post a Reply
  1. Zwykle nie komentuję, ale ten post w 100% oddaje to, co ostatnio robię ;) mianowicie – nie wydaję na głupoty. Podróże tak bardzo zmieniły mi sposób w jaki postrzegam pieniądze, że aż sama jestem zaskoczona. Czasami jest to już dosyć ekstremalne – przykład: tata daje mi 100zł na studia, żebym sobie mogła coś kupić, ja jednak już w myśli przeliczam ile jeszcze mi potrzeba, aby kupić nowy śpiwór, bo ten stary nie nadaje się na takie temperatury jak teraz. Albo inna sytuacja: nie kupuję żadnych ubrań od ponad roku. Mam ich wystarczająco dużo, więc nie potrzebuję już nowych, modniejszych. Dzięki temu za miesiąc będę w Paryżu :)
    A co do 100$ – ja kupiłabym sobie dobre legginsy do biegania, albo bieliznę z mikrofibry ;)

    Post a Reply
  2. Inspirujący post. Popieram w całej rozciągłości!

    Post a Reply
  3. Proponuje wydanie na rezerwacje noclegu w miejscu, do ktroego planujesz pojechac w najblizszej przyszlosci :)

    Albo cos zupelnie nieparaktycznego ale bardzo przyjemnego jak masaz :)

    Post a Reply
    • Dobry pomysł. Za miesiąc jadę na Bali i masaże są tam w planie. $100 kupi mi ich na Bali o wiele więcej niż w Sydney :)

      Post a Reply
    • Dobrze napisane! Jak zawsze, inspirujesz do rachunków sumienia ;) Be cool, zgadzamy się w 100% Z naszych doświadczeń wynika, że nie ważne ile masz. Jak nie umiesz gospodarować pieniędzmi, zawsze będziesz miał ich za mało. A z drugiej strony, mierząc siły na zamiary, znając swoje priorytety z każdą sumą można zwojować cuda. Dla nas, na tą chwilę, 100$ to 60 litrów paliwa czyli jakieś 300km przyjemnego Australijskiego off-road’u :)

      Post a Reply
  4. Hehehe!
    Dostałam ostatnio pieniądze imieninowe. Chodziłam po centrum handlowym 4(!) godziny. Fakt – kupiłam coś za 40% kwoty (żeby darczyńcy nie było przykro) i stwierdziłam:
    – nic mi nie potrzeba
    – nic mi się nie podoba
    – w Azji mogłabym spędzić super weekend za równowartość tej kasy.
    Finał jest taki, że wymienię resztę na walutę i zaczekam do jesieni ;)
    Zastanawiam się , czy to wiek, czy mentalność ;D

    Post a Reply
    • raczej mentalność, bo moi rówieśnicy wolą wydać wszystko na drinki w klubie w centrum ;))

      Post a Reply
  5. Rozwaga w wydatkach to podstawa. Nawet rozrzutne osoby po pewnym czasie odzwyczajają się od ciągłego wydawania. Grunt to przetrwać początkowy okres, kiedy wszystko wydaje się kuszące

    Post a Reply
  6. Kiedyś miałam tak, że wydawałam pieniądze na zachcianki. Było to wtedy, kiedy dostałam swoją pierwszą pracę i dostawałam swoje pierwsze wypłaty. Dopiero uczyłam się zarządzania swoim budżetem, dopiero zasycałam się rzeczami, na które nigdy nie mogłam sobie pozwolić w przeciwieństwie do moich rówieśników.
    Teraz czczę minimalizm i przydatność. W kuchni mam głównie dwa garnki i patelnię, oraz zestawy naczyń na ilość osób w domu plus jeden :P Spowodowane jest to nie tylko moim świadomym wyborem filozofii zarządzania pieniądzem czy chęcią oszczędzania na wycieczki, ale gównie tym, że w razie kolejnej nagłej przeprowadzki nic mnie nie trzyma. Nie mam żalu zostawić tych przedmiotów za sobą ;)

    A to 100$ odłożyłabym na jakiś wyjazd ;) Wspominałaś o masażach – to jest bardzo dobry pomysł, aby zużyć te pieniądze właśnie na to ;)

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.