Spacerek na sam szczyt Sydney Harbour Bridge

128103518

W 1989 roku sydnejski biznesmen Paul Cave brał udział w organizowanym w ramach pewnego międzynarodowego kongresu wejścia na szczyt Sydney Harbour Bridge. To było wejście jednorazowe, odbywające się tylko i wyłącznie z okazji owej imprezy, ale okazało się ono ogromnym sukcesem, a Paul zamarzył, aby możliwość wejścia na szczyt otworzyć dla wszystkich. Tak właśnie narodził się pomysł na firmę o nazwie Bridge Climb.

Przerodzenie pomysłu w funkcjonalny biznes okazało się jednak o wiele trudniejsze niż Paul mógł sobie to początkowo wyobrazić. Negocjacje z różnymi organizacjami rządowymi mającymi jakikolwiek związek z mostem okazały się długotrwałe i bolesne, bo prawie wszyscy decyzyjni ludzie widzieli w całym przedsięwzięciu tylko kłopoty. Paul po kolei musiał przekonywać kolejne instytucje, że przedsięwzięcie jest bezpieczne, logistycznie wykonalne, nie wpłynie negatywnie na kondycję mostu itp. itd. Proces trwał prawie 10 lat! Ale w końcu się udało i 1 października 1998 roku Bridge Climb oficjalnie rozpoczął swoją działalność.

A wczoraj na most weszłam ja :) A stało się to tak:

Co roku w okresie przedświątecznym zabieramy w pracy klientów na świąteczne lunche do fajnych restauracji w Sydney. Tak się jednak składa, że nasz główny klient, pewien producent sprzętu AGD, ma na kontrakcie jako ambasadorów swojej marki trzech z dziesięciu najlepszych kucharzy w Australii, a za tym idzie łatwy i częsty dostęp do trzech z dziesięciu najlepszych restauracji w Australii. Więc branie ich do dobrej restauracji na lunch to dla nich żadna atrakcja. Trzeba było więc wymyśleć coś ciekawszego. No i wymyśliliśmy Bridge Climb.

Pomysł spodobał się bardzo, więc wczoraj zamiast iść do pracy, ja i jeszcze kilka innych osób, pracowaliśmy niezwykle ciężko zabawiając klienta, a przede wszystkim świetnie się bawiąc.

Trzeba przyznać, że organizacyjnie Bridge Climb jest fenomenem. Każdy szczegół jest dopracowany tak, że nie można się do niczego przyczepić. Wszystko odbywa się jak przy produkcji taśmowej. Każdy ma wyznaczoną godzinę startu. Dokładnie o owej godzinie delikwent (i 13 pozostałych osób będących członkami jego grupy wspinaczkowej) wchodzi do niewielkiego pomieszczenia, gdzie każdy wypełnia kwestionariusz, w którym przyjmuje na siebie pełną odpowiedzialność za wszystko, co może wydarzyć się w czasie wejścia na most. Zaraz potem każdy przechodzi badanie alkomatem, by następnie udać się do pokoju obok, gdzie miła pani z obsługi wręcza każdemu kombinezon (dostępny w 12 różnych rozmiarach). Z kombinezonem delikwent zostaje wysłany do szatni by się przebrać. Rzeczy osobiste lądują w szafce, a klucz do szafki zawisa na sznurku na szyi delikwenta.

Gdy grupa ubrana jest już w kombinezony, w których wszyscy wyglądają trochę jak kosmonauci w trakcie ćwiczeń, zjawia się przewodnik, który rozpoczyna proces przygotowywania grupy do wspinaczki. Najpierw każdy dostaje specjalny pas zakładany na biodra, do którego przymocowana jest klamra, którą w czasie wejścia na górę i zejścia na dół każdy jest non stop przypięty dla bezpieczeństwa do kabla biegnącego wzdłuż trasy wspinaczki. Potem jest krótki trening wchodzenia po drabinie będąc na stałe przypiętym do stalowej konstrukcji imitującej w czasie treningu most. Na końcu każdy delikwent dostaje odbiornik radiowy i słuchawki, dzięki czemu przewodnik nie musi cały czas wrzeszczeć, żeby go było słychać. Wszystko to odbywa się w niezwykle metodyczny sposób, a szczegóły są niezwykle przemyślane. Np. każdy dostaje sznurek do przymocowania okularów słonecznych oraz czapki do kombinezonu, po to, aby zapobiec ewentualnemu odfrunięciu owych przedmiotów (i zakłóceniu przez nie ruchu samochodowego na moście). Acha, oczywiście na most nie można zabrać żadnych własnych sprzętów, w tym aparatu fotograficznego. Oficjalna wersja jest taka, że to dla bezpieczeństwa, (co ma w sumie sens), nieoficjalnie każdy wie, że Bridge Climb robi niezłą kasę ze sprzedaży zdjęć robionych w czasie wejścia przez przewodników.

W końcu, gdzieś po 45min ubierania się, mocowania gadżetów i pogadance od przewodnika, czas ruszyć na most. A idzie się długo (jakąś godzinę w górę i kolejną w dół), ale to nie dlatego, że trasa jest tak długa, ale dlatego, że tempo jest tak bardzo wolne, zatrzymując się do chwila na podziwianie widoków i kolejne sesje zdjęciowe. Wejście jest na serio bardzo, bardzo proste. Pierwsza część wiedzie zupełnie płaską „ścieżką”. Najtrudniejszy elementy to wejście jakieś 20 metrów w górę po serii kilku stalowych, mocnych drabin. One prowadzą na sam koniec łuku zwieńczającego most. Tam zaczyna się wolne, lekko pod górę wejście na szczyt konstrukcji.

Widoki po drodze są piękne.  Niby nie widać nic nowego, tylko ten sam znany już krajobraz miejski, ale ta wysoka perspektywa sprawia, że Sydney wygląda jeszcze piękniej. Jak na dłoni widać wszystkie zatoczki, wcięcia lądu, mariny pełne łodzi i jachtów, domy mieszkalne i biurowce w centrum. Pogoda trafiła nam się świetna, więc na zachodzie widać było aż po oddalone o jakieś 60km Góry Błękitne. Tak cudnie, że aż się łezka w oku zakręciła ze wzruszenia.

Czy było warto? Jak najbardziej. Czy weszłabym na most, gdybym musiała zapłacić za to z własnej kieszeni? Impreza nie jest tania (od $198 do $328 w zależności od pory roku i pory dnia), ale myślę, że w końcu bym się skusiła, bo chodziło to za mną od lat.

Bridge Climb to świetna sprawa i wcale się nie dziwię, że w szczycie sezonu nawet do 2000 osób dziennie wykłada grubą kasę, wkłada gustowne wdzianko, i rusza na podbój mostu, by z jego szczytu podziwiać jedno z najpiękniejszych miast na świecie.

Wirtualne spotkanie z Australią już w sobotę!
Lato na całego, czyli idziemy na spacer

8 komentarzy

  1. Zazdroszczè ;-) zwlaszcza pogody*

    Post a Reply
  2. No impreza droga, szczególnie jak się jeszcze na złotówki przeliczy;-) Ale jakbym tyle miała to bym chyba też weszła, widoki muszą być niesamowite.

    Post a Reply
    • Super sprawa.!Nie zawachałbym się wiem juz ile i co do budżetu na wyjazd trza doliczyć i tyle.Żadnego przeliczania na złotówki.! Od tego ma się to w kraju gdzie sie zarabia i odkłada.

      Post a Reply
  3. Fantastyczna przygoda, mając taką możliwość również nie zastanawiałbym się ani chwili. Wiadomo, że nie można tak tego wszystkiego przeliczać, ale przeżycia na pewno są bezcenne.

    Post a Reply
  4. Byłam, widziałam, nie żałuje!!! Wprawdzie jakieś 5 lat temu, ale widok sie chyba nie zmienił :-)

    Post a Reply
    • Byłem co prawda nie przęsłach Bridge Climb lecz na jezdni, polecam za to Sydney Tower widoki równie piękne ponieważ wyżej- procedury identyczne- alkomat, pasy przede wszystkim bezpieczeństwo. Najlepszy efekt jest jak stoi się na pomoście ze szklaną podłogą, który w pewnym momencie bez uprzedzenia wyjeżdża poza wieże- jeden wielki pisk- niesamowite.
      Pozdrawiam i polecam- chętnie bym powrócił do pięknej Australii

      Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.