Kemping po australijsku

Kamping po australijsku

Australijczycy lubują się w kempingowaniu. I nie ma się co temu dziwić – świetne warunki pogodowe i nieopisane ilości parków narodowych, plaż, zatok, lasów i innych dobrodziejstw natury sprawiają, że w każdy ciepły weekend, każde szkolne wakacje i każde święta kempingi zapełniają się do granic możliwości. Nie wszystkie i nie wszędzie, ale wzdłuż wybrzeża i przy popularnych atrakcjach turystycznych jest to normą.

Sami bardzo lubimy kempingować, więc kwestię przepełnionych kempingów często odczuwamy na własnej skórze – np. wszystkie kempingi w okolicach przepięknej zatoki Jervis, 200km od Sydney, zarezerwowane są na miesiące do przodu i spontaniczny wypad pod namiot w tamte okolice jest praktycznie niemożliwy. System rezerwacji kempingów ma już większość parków narodowych w Nowej Południowej Walii. To są bardzo proste kempingi – w lesie, z latryną, bez bieżącej wody, że o prysznicu nie wspomnę. Mimo owych potencjalnych niedogodności ludzie walą do nich drzwiami i oknami.

Te właśnie kempingi w parkach narodowych w okresie wakacji szkolnych, (czyli m.in. teraz) szczególnie upodobały sobie duże grupy (zazwyczaj jest to kilka rodzin), które razem postanowiły spędzić tydzień czy dwa wolnego czasu. Bo na tyle czasu owe grupy rozstawiają na kempingach swoje obozowiska. I właśnie o tych obozowiskach chciałam napisać kilka słów.

Po co jeździ się na kemping? Według mnie po to, aby odpocząć trochę od miasta i pobyć bliżej natury. To jednak jest moja opinia. Opinia typowej rodziny, która na dwa tygodnie postanowiła zaobozować na kempingu w jakimś miłym miejscu na wybrzeżu wydaje się być inna. Patrząc na obozowisko takiej rodziny można odnieść wrażenie, że kemping wybrała ona tylko dlatego, że koszt zatrzymania się na nim to zazwyczaj kilkanaście dolarów za dzień, czyli bardzo niewiele jak na australijskie warunki. Patrząc na sprzęty jakie ma ona ze sobą można bez obaw założyć, że raczej nie chodziło owej rodzinie o obcowanie z naturą czy odpoczęcie od miasta. Na stanie jej obozowiska są zazwyczaj: namiot dla dzieci (w środku często można zobaczyć kempingowe łóżka zamiast materaca,  a także kempingowe półek na ubrania), namiot dla dorosłych, namiot dzienny, namiot kuchenny, przenośny prysznic z kempingową kabiną prysznicową, kilkupalnikowa kuchenka gazowa, radio, telewizor, kosmicznie wielka lodówka turystyczna, lampy elektryczne, nieopisane ilości zabawek i gadżetów typu rowery, kajaki, pontony. W czasie wakacji szkolnych przypadających w okresie Bożego Narodzenia nie jest niczym niezwykłym zobaczyć także obozowiska udekorowane lampkami, a i choinka czasem się trafia.

Zastanawiasz się pewnie skąd w środku parku narodowego prąd, żeby te wszystkie telewizory i lampy zasilać. O tym też rodzinka pomyślała i zabrała ze sobą generator prądu, który gdy tylko robi się ciut ciemniej, zostaje wprowadzony ruch, by przez kolejne kilka godzin zakłócać swoim wyciem spokój wszystkich dookoła. Kilka razy widzieliśmy i takich, którzy zabrali na kemping wielkie panele słoneczne, które cały dzień ładują akumulatory wykorzystywane do zasilania sprzętów.

I tak siedzi sobie nasza rodzinka, a zazwyczaj grupa biwakujących razem rodzin, w jednym miejscu przez tydzień lub dwa. Dzieciaki szaleją po okolicy na rowerach, podczas gdy dorośli całe dnie spędzają w namiocie dziennym sącząc piwko i prowadząc ożywione dyskusje o dupie maryni.

Nie muszę chyba pisać, że jak ognia unikamy kempingów z takimi ekipami. Czasem niestety inaczej się nie da i trzeba dzień czy dwa spędzić w towarzystwie niemilknącego radia czy telewizora i buczącego wieczorami generatora. I zawsze przy tych okazjach zastanawiam się, po co właściwie tacy ludzie przyjeżdżają na kempingi. Przecież i tak całymi dniami nosa nie ruszają poza swój obóz (nie licząc wizyt w najbliższym sklepie w celu uzupełnienia zapasów browaru i innych niezbędnych produktów). Czy nie łatwiej byłoby wynająć gdzieś domek letniskowy czy pokój w jakimś ośrodku wczasowym? Nie musieliby wtedy delikwenci wydawać majątku na swoje ogromne samochody i przyczepy, (bo bez nich nie da rady przywieźć tego całego sprzętu) i na tą stertę kampingowych gadżetów, bo wszystkie wygody mieliby w cenie zakwaterowania.

Nasz standardowy obóz wygląda trochę inaczej i można go zobaczyć na zdjęciu u góry. Radzimy sobie bez prądu, światła, radia i półek na ubrania. Właśnie w prostocie naszego obozowiska znajdujemy przyjemność i odpoczynek – rozstawienie wszystkiego zabiera jakieś 30 min, a obóz można spokojnie zostawić sam na cały dzień bez obawy, że coś kogoś na nim skusi. Kolejny przykład na to, że im się ma mniej rzeczy tym życie jest mniej skomplikowane i stresujące.

Lato na całego, czyli idziemy na spacer
Tasmanię można tylko kochać

15 komentarzy

  1. Nasze obozowisko wyglada podobnie, chociaz brakuje nam tego daszka, a przydalby sie ;) Zabieranie pol domu (i calego wyposazenia sklepu outdoorowego) to dla mnie wypaczenie idei kempingowania. Co do wielkiego obozowiska, znajomi co roku laduja w kilkadziesiat osob nad Balatonem – siatkowka, rowery, piwko, nie zwiedzaja, ale wlasnie odpoczywaja i ciesza sie soba ;)

    Post a Reply
    • Daszek wozimy od niedawna i czasem sie przydaje albo na deszcz, albo na slonce. Zrobilismy go metoda chalupnicza z tanio kupionych komponentow.

      Post a Reply
  2. Ha, i tak macie wypas, bo stolik, krzesełka i daszek! My zamiast tego zabieramy hamak :)

    Post a Reply
    • To samo pomyslalam: na zdjeciu pelen wypas :) Wszystko kwestia perspektywy, sa tez tacy, ktorzy spia pod golym niebem i tez sie pewnie dziwia po co ludzie taszcza ze soba namioty.

      Post a Reply
    • Hamak to jest super sprawa, ale obiad na nim trudno zjesc :)

      Post a Reply
  3. awesome !! just did that in margaret river – sooooo amazing

    Post a Reply
  4. A ja teraz powiem o czymś zupełnie innym, a jednak podobnym.
    Odkąd skończyłam 10 lat wspólnie z rodziną, w każde wakacje jedziemy do wolno stojącej bacówki w górach. Bacówka stoi pusta, znana tylko przez niewielu turystów, po prostu taka drewniana szopa z paleniskiem. Jedyne co zawsze braliśmy, to książki, koce, śpiwory, jakieś kiełbaski i tyle. Woda z górskiego strumyczka, jedzenie z ogniska i borówki na deser. Ostatni raz byłam tam w październiku. Akurat trafił się piękny jesienny weekend i zebrała się masa młodych włóczykijów, mniej więcej 30 osób, wszędzie porozstawiane namioty, kilka quadów i dwa jeepy. I gdzie tu miejsce na obcowanie z naturą, kiedy tuż za uchem brzęczy ci radio w samochodzie?

    Post a Reply
  5. My w naszym obozowisku mamy zazwyczaj tylko namiot i śpiwory ;)

    Jak już zaczęłaś opisywać te mnogości namiotów (namiot kuchenny, whaaat?!), to pomyślałam o TV. Doszłam jednak do wniosku, że nie, to jest niemożliwe, zbyt głupie. A jednak, zabierają! Chyba właśnie przeżyłam mały szok :D Sądziłam, że Australijczycy nie są aż tacy Amerykańscy :P Szczyty zdobywają pieszo, czy też wjeżdżają samochodami? :D

    Post a Reply
    • Australijczycy wcale nie sa amerykanscy :) To znaczy moze niektorzy sa, ale wiekszosc jest zdecydowanie australijska, a nie amerykanska :) Takich wygodnickich, ktorzy woza caly dobytek na kemping jest niewielu. Niestety swoimi gratami oraz halasem jaki generuja potrafia zdominowac okolice, dlatego tak mocno rzucaja mi sie oni w oczy. Wiekszosc australijczykow kempinguje normalnie. Biora stolik, krzesla itp, ale spokojnie radza sobie bez pradu, telewizora czy innych pierdol.

      Post a Reply
      • W obronie Amerykanow chcialam powiedziec, ze co prawda sa tacy (okolo 1/3-1/2 na kempingach w parkach narodowych), ktorzy jezdza na kempingi wielkimi samochodami kempingowymi, ale jeszcze nie widzialam by ktokolwiek rozstawial namioty kuchenne, namioty dzienne, prysznice, itp itd i raczej tez nie halasuja. A juz na pewno na kempingach jest cicho po 9-10 wieczorem i generatory przyczep tez sa wtedy wylaczane. Na podstawie tego co Magda napisala w swojej notatce, wydaje mi sie, ze Australijczycy sa pod tym wzgledem duzo wygodniejsi niz Amerykanie.

        Post a Reply
        • Olsnilo mnie jeszcze, ze w Stanach nie trzeba ze soba zabierac stolu i krzesel, bo kazde „oficjalne” miejsce kempingowe je ma (oficjalne, czyli takie rezerwowalne w parku narodowym lub stanowym). Podobnie jak i grill i miejsce na ognisko. Generatorow ludzie tez ze sobe nie woza, bo w miejscach gdzie moga zatrzymywac sie na noc przyczepy kempingowe sa wtyczki na prad :)

          Post a Reply
          • U nas tez sa bardzo czesto grille, lawki i stoly, ale swoje krzeslo i stolik duzo wygodniejsze, bo mozna postawic gdzie sie chce, pod drzewkiem w cieniu itp. A grosze takie gadzetu tu kosztuja (krzeslo kempingowe za $8 mozna kupic)

            Wtyczki sa u nas na komerycjnych prywatnych kempingach, ale tez w na wielu kempingach w parkach narodowych. Miejscowki z pradem sa jednak zawsze drozsze niz te bez. Wiec ci bardziej oszczedni biora miejsca bez pradu, ale ze bez pradu zyc nie moga to woza generatory. Co jest oczywiscie zupelnie bez sensu, bo kupienie generatora, a potem benzyny do niego przeciez tez kosztuje.

            Generalnie rzecz biorac kempingi w parkach narodowych sa w Australii swietne i roznorodne – od tych mega prostych, ktora sa po prostu kawalkiem plaskiego terenu, az po te mega wypasione z goracym prysznicem, kuchnia kempingowa i swietlica. Do wyboru do koloru :)

            Post a Reply
          • Spaliśmy w kilku Parkach Narodowych w USA i przyznam, że jest cicho :) Ale nie brałabym tego za pewnik, bo byłam poza sezonem. Prysznice i toalety były na miejscu :) Grilla nie było, ale każde stanowisko miało miejsce na ognisko. Drzewo było dokupienia.
            Namiotów tego typu nie rozkładają, ale za tymi wielkimi kamperami ciągną samochody osobowe :P

            Post a Reply
  6. Wlasnie sobie zdalam sprawe, ze w USA nigdy nie zatrzymywalam sie na zadnym „oficjalnym” kempingu.
    Najczesciej to byly wyprawy w gory, gdzie po prostu wykupuje sie permit na iles-tam dni, a ze dotrzec w jakakolwiek trase mozna tylko na nogach (czasami jeszcze konno ale to zupelnie inna bajka i permit) – to niesie sie ze soba tylko absolutne minimum:
    – namiot, spiwor, piłkę ręczna, latarke
    – palnik oo kuchenki, paliwo do niej, filtr do wody, liofilizowane zarcie.
    Powyzej pewnej wysokosci kazdy kilogram zaczyna sie liczyc…
    Trase trzeba planowac tak, zeby kazdego wieczora obozowac obok jakiegos zrodla wody.

    Inna kategoria wypraw to byly wyprawy krajoznawcze – wtedy zatrzymuje sie w jakims motelu czy malym domku gorskim i idzie na wyprawy jednodniowe w okolice dookola.

    Dla mnie zatrzymywanie sie na kempingu, na ktorym sa prad, lazienki, grille, prysznice etc. jest zupelnie bez sensu. Jesli nie moge sie bez tych wygod obejsc – czemu nie wynajac jakiegos domku czy cos w tym stylu.
    Jak mam spac w namocie to tam, gdzie inaczej sie po prostu nie da i nie ma nic.

    Nie ma nic cudowniejszego niz wieczorne ognisko pod gwiazdami, przy spokojnej jak szklo tafli jeziora na wysokosci 2000 m. npm.
    I tylko gdyby nie te cholerne moskity :)))

    Post a Reply
    • Futrzak, w Stanach zatrzymywanie sie na „oficjalnych” kempingach w parkach narodowych ma sens, gdyz kempingi takie znajduja sie w obrebie parku, a wiekszosc hoteli, lodge, moteli, domkow jest poza granicami parkow, czyli najczesciej minimum jakies 30 mil po kretych drogach. Dojazd do parku po takiej drodze oznacza najczesciej strate godziny w jedna i godziny w druga strone.

      Sa parki (n.p., Grand Canyon, Bryce, Yosemite), w ktorych sa lodge w srodku parku zarzadzane przez NPS (National Park System), ale najczesciej sa one bardzo drogie i w sezonie sa zabukowane na kilka miesiecy naprzod. A jest wiele parkow, n.p., Arches, Canyonlands, Joshua Tree, w kotrych jesli sie chce spac w parku, to trzeba wlasnie skorzystac z opcji kempingu. Tak a’propos wiekszosc „oficjalnych” kempingow nie ma prysznicow (prysznice sa w moze z 10 z 58 parkow), ale za to ma fenomenalna lokalizacje :)

      Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.