5 powodów, dla których uwielbiam Sydney

Wpis powstał we współpracy z promoszop.pl

Dawno temu pisałam o 4 rzeczach, których nie lubię w Sydney, i nie wiedzieć czemu do tej pory nie napisałam nic o tym co w Sydney lubię. A lubię w tym mieście bardzo dużo. Od jakiegoś czasu przeżywam swoją drugą miłość do Sydney, na nowo odkrywając te wszystkie miejska, które znam przecież tak dobrze.

A oto to, co lubię w Sydney najbardziej.

Location, location, location

Untitled

W branży nieruchomości lokalizacja to jedna z najważniejszych rzeczy. I gdyby Sydney było nieruchomością, to z pewnością byłoby jedną z najbardziej pożądanych w świecie. Mało jest miast tak bajecznie położonych jak Sydney. Nawet w Australii, w której nie trudno o piękne miejscówki, nie ma miasta, które pod tym względem by Sydney dorastało choćby do pięt.  Z miast, jakie dotąd odwiedziłam tylko Rio de Janeiro dorównuje Sydney w kwestii lokalizacji. Dzięki lokalizacji Sydney nie przestaje mnie zachwycać, bo co chwila okazuje się, że jest jeszcze masa dzielnic, zakamarków, zatoczek, klifów, plaż itp., o których istnieniu dotąd nie miałam pojęcia. Przeprawa promowa po zatoce, mimo, że odbyłam ją dziesiątki razy, do dziś wywołuje u mnie ekscytację. Oczywiście plusy lokalizacyjnie nie kończą się na samej zatoce. Wokół Sydney jest cała masa przepięknych miejsc, a do wielu z nich można dostać się samochodem w kilkadziesiąt minut.

Wieża Babel

Ostatni raz jak liczyłam, to 60-kilka osób w mojej pracy reprezentowane było przez 18 narodowości, od Nowej Zelandii, poprzez Kolumbię, Pakistan, Czechy, a na Kanadzie skończywszy. Takie samo jest Sydney – wielokulturowe, wielojęzyczne. To czasem może być problemem – praca przy projekcie z zespołem, w którym każdy reprezentuje inne wartości potrafi być nie lada wyzwaniem – ale zazwyczaj nim nie jest. Tu każdy jest skądś, a to sprawia, że emigrantowi o wiele łatwiej się odnaleźć. Większość mniejszości narodowych jest świetnie zorganizowana – mają sieć sklepów ze swoimi specjałami, swoich fryzjerów, lekarzy, krawców, a często nawet własne dzielnice (no, może nie własne, ale zdominowane przez własną mniejszość narodową). Dla mnie to jest świetna sprawa, bo dziś mogę poczuć się jak w Grecji, a jutro jak w Libanie, jeśli tylko mam na to ochotę.

 

Na obiad sushi, na kolację buritto

Wielokulturowość niesie ze sobą kulinarną różnorodność. Mimo, że wśród restauracji dominują te serwujące kuchnię japońską, chińską, indyjską czy koreańską, to znalezienie knajpy peruwiańskiej, filipińskiej czy somalijskiej nie jest większym problemem. Czasem trzeba pofatygować się do innej części miasta, ale to przecież nie żaden problem. Wybór czasem przytłacza – w sobotę zazwyczaj jemy lancz na mieście, i za każdym razem mamy wielki dylemat, jaką knajpę wybrać – ale w kwestii jedzenie duży wybór jest dla mnie o wiele lepszą opcją niż wybór ograniczony.

 

Ciepło, cieplej, gorąco

Pisząc o tym, co lubię w Sydney, trudno nie wspomnieć o pogodzie. Przyznaję bez bicia, że czasem, a nawet bardzo często, jest tu dla mnie za gorąco. Ale przyznaję też, że zdecydowanie wolę te gorące dni, niż nieprzewidywalną środkowoeuropejską aurę, polskie lato trwające raptem dwa miesiące, czy szaro-burą jesień. Słońce działa jak zastrzyk energii, sprawia, że ludzie patrzą na świat z optymizmem, że mniej narzekają, że częściej się uśmiechają. Sydney właśnie takie jest – uśmiechnięte i zadowolone z życia. A to jest zaraźliwe, i bardzo szybko wyzbywa się w Sydney człowiek skłonności do marudzenia i czarnowidztwa.

 

W przydeptanych klapkach na salony

Untitled

Nonszalanckie podejście sydnejczyków do stroju bardzo mnie na początku szokowało. Wiesz, to polskie „a co ludzie na to powiedzą”. Na szczęście minęło mi to bardzo szybko. Ta swoboda stroju to kolejny element, który sprawia, że życie w Sydney jest bardzo na luzie. Tu nikt ubierając się rano nie przejmuje się tym, co ludzie sobie pomyślą.  Ok, może są i tacy, dla których to, co powiedzą inni jest bardzo ważne. Ale dla większości liczy się wygoda i dobre samopoczucie. Chyba właśnie dlatego przydeptane japonki to w Australii obuwie narodowe, noszone wszędzie – na plażę, do pracy, na zakupy, na przejażdżkę rowerem. W większości korporacji dress code jest o wiele łagodniejszy niż w Europie – mało która firma oczekuje od kobiet noszenia rajstop, a od mężczyzn marynarek latem.

Otwarcie sezonu kampingowego
The Rocks, czyli sydnejska starówka

21 komentarzy

  1. Bez cienia ironii, brzmi dokładnie jak Phuket!

    W Sydney jednak nie byłem ale nawet patrząc z daleka umiałbym znaleźć parę powodów, dla których pewnie jest fajniejsze niż Phuket. Oraz kilka dla których jest mniej fajne.

    pozdr!

    Post a Reply
  2. Mieszkam w Sydney, niedawno bylem w Phuket – moznaby zrobic niezle porownanie :) Mimo wszystko Sydney to wciaz miasto kultury „zachodniej”, emigranci, knajpki, rozne akcenty na ulicach, w szkole czy biurze to takie fajne dodatki, ale architektura, organizacja, czystosc, spokoj i porzadek – styl z najwyzszej europejskiej półki.

    Post a Reply
    • „Styl z najwyzszej europejskiej półki” – to chyba jakis żart? Mieszkam w Sydney od kilku miesiecy i niestety to miasto ma niewiele wspolnego z europejska jakościa i stylem życia.

      Post a Reply
  3. Bo to jest opis pasujący (też) do Singapuru ;).

    Plusem Sydney są tanie i super tanie książki ( kupiliśmy kilka kilogramów ) i fryzjerzy, którzy wiedzą jak obciąć i ułożyć włosy na europejskiej głowie.

    Post a Reply
  4. Mieszkałam w tym pięknym mieście kilka lat i zgadzam się z każdym słowem, pozdrawiam przy okazji :)

    Post a Reply
  5. Bezwzględnie się zgadzam! Wybredna jestem, co do dużych miast i to bardzo, bo ich najzwyczjaniej w świecie nie lubię, ale Sydney… Sydney, to jest coś wyjątkowego.

    Post a Reply
    • Magda, nonszalnctwo jest ok.Manuela Gretkowska swojego czasu wyrazila poglad ,że tiszert i dzinsy to powinno być normą:0 W RP ciągle mamy wersal…niestety:)ale klapki tp jest ok:)

      Post a Reply
    • magia Sydney polega na tym,że jest słońce. wielokulturowość, „daleko”:)i tak jak czytam od lat Twojego bloga to ..można się zakochać od 1 wejrzenia po wyjściu z samolotu…:)

      Post a Reply
  6. Ha, w zasadzie to wiekszosc z Twojej listy moglabym odniesc do… Doliny Krzemowej i San Francisco :)

    Z tym, ze ludzie tam jednak nie sa nawet w polowie tak wyluzowani jak Australijczycy, ciagle sie gdzies spiesza, zyja po to zeby pracowac no i koszty zycia sa znaaacznie wyzsze (wlaczajac w to opieke lekarska i edukacje).

    Plus Pacyfik przy wybrzezu Kalifornii jednak zimny jest, w efekcie czego przez wieksza czesc roku w San Francisco wcale nie jest przyjemnie – chociaz w Dolinie juz owszem na pogode nie mozna narzekac.

    Post a Reply
  7. Czy w Sydney jest brudno na ulicach? Jak zachowują się ludzie? Mieszkam w Londynie od roku czasu (a w zasadzie mija już mi 2 lata jak pozbieram wszystkie wyjazdy) i jest tu bardzo brudno, ludzie zachowują się jak małpy, a w autobusach wszędzie leżą kości po chickenach czy też gazety porozwalane, ogólnie mnóstwo śmieci. Oczywiście pogoda jest też jaka jest i wszędzie brązowa czy szara cegła. Nie jest to miasto w którym żyje się super a ludzie którzy kochają słońce i kolory na pewno się tutaj nie odnajdą. Chciałbym wyjechać stąd jak najszybciej. Myślimy o Sydney. Prozę o jakąś wypowiedź na ten temat.

    Post a Reply
    • No wiec kosci z kurczakow w transporcie publicznym raczej nie ma :)
      Z ta czystoscia to wszystko zalezy – zalezy od tego gdzie w Sydney sie wybierzesz. Centrum i jego okolice sa weug mnie czyste szczegolnie jesl wezmie sie pod uwage masy ludzi jakie sie tam codziennie przewijaja. Sa dzielnice bylejakie, w ktorych smieci sa, ale jest jeszcze wiecej dzielnic ok, w ktorych jest czysto. Ogolnie rzecz biorac uwazam, ze jest pod tymk wzgledem ok, i zdecydowana wiekszosc sydnejczykow jest pod tym wzgledem wyedukowana (poza grupa burakow, ktorzy sa w kazdym miescie)
      Syf w centrum jest w piatkowe i sobotnie wieczory kiedy miasto sie bawi, ale rano zazwyczaj nie ma po tym syfie sladu

      Post a Reply
      • Tak jak mowi Magda, generalnie Sydney jest bardzo czystym miastem, jednak duzo zalezy od dzielnicy/rejonu. Mieszkajac za mostem w North Shore albo Eastern Suburbs, mozesz byc w szoku jak zobaczysz papierek na ulicy, ale jak przeniesiesz sie gdzies do Western Sydney, gdzie mieszkaja biedniejsi imigranci, zwlaszcza z krajow jak Bliski Wschod czy Indie, to warunki sie nieco zmieniaja… wszystko zalezy od tego, jak wyedukowani sa sami mieszkancy i co im przeszkadza (lub nie …). W Kirribilli czy Randwick kazdy dom ma kazdy kwiatek idealnie przystrzyzone listki, z kolei w Parramatta, co drugi budynek ma w ogrodze wrak auta albo jakies kiluletnie smieci :) Jednak samo centrum (CBD), glowne ulice, srodki transportu, etc sa non stop sprzatane,

        Post a Reply
      • Dzięki za info. Coraz bardziej myśle o emigracji do Australii bo po prostu Anglia nie jest dla mnie. Hiszpania (kraj w którym chciałbym spróbować życia) oraz Barcelona pogrążona w kryzysie i nie wygląda na to by coś miało się zmienić… no i tak za bardzo nie mogę się zdecydować na 100% co zrobić ze swoim życiem. Powrót do Polski może znowu okazać się decyzją, która nie będzie dobra ze względu na perspektywy dobrego zarobku i normalnego życia, aczkolwiek Kraków to piękne miasto i zawsze do niego ciągnie. Muszę przyznać, że w Krakowie nie ma nawet 10-15% takiego śmietniska jak w Londynie, nawet w biedniejszych dzielnicach. A jednak jak ktoś jest na jakimś poziomie to zaczyna mu to przeszkadzać, zresztą doświadczenie w Londynie to potwierdza bo po roku czasu mam dość tego miasta. Cóź poczytam jeszcze trochę o emigracji do AU no i będzie trzeba podjąć jakąś decyzję bo w maju chcę opuścić UK i mam nadzieję, że nie będę tego żałował.

        Post a Reply
        • A jaki masz zawod / doswiadczenie / edukacje / poziom ang., jesli moge spytac? Od tego zaleza Twoje szanse na PR’a i dobra prace, co sie przelozy na jakosc zycia …

          Post a Reply
          • Ernest, jestes jeszcze w Australii?-Sydney?

            Post a Reply
  8. Mój zawód, który chciałbym wykonywać w przyszłości wiąże się z piłką nożną, obecnie posiadam kwalifikacje na początkowym poziomie trenera piłki nożnej oraz dyplom menedżera marketingu sportowego, a także być może w przyszłym roku uda mi się zdać egzamin na agenta piłkarskiego z licencją FIFA, którego nie zdałem za pierwszym razem, więc powinny się otworzyć lepsze możlwiości. W tym momencie nie pracuję w swoim zawodzie gdyż moje dyplomy nie są akceptowane w UK i trzeba tu skończyć odpowiednie kursy. Po prostu rzuciłem wszystko i wyjechałem bo miałem dość polskiej rzeczywistości, wiecznych problemów z pieniędzmi itp. W Polsce za bardzo nie ma pracy oraz ofert w tym temacie… no chyba, że jesteś skorumpowany to zawsze coś się znajdzie pod stołem. Znajomość angielskiego obecnie na poziomie średnio-zaawansowanym myśle tak pamiędzy B1 a B2 oraz hiszpański na mocnym komunikatywnym A2 (raczej nieprzydatny w UK). Wyjeżdzając do innego kraju zdawałem sobie sprawę, że znalezienie pracy w tym fachu będzie się wiązać z tzw. okresem przejściowym czyli najpierw inna praca, szkolenie języka, a dopiero później szukanie czegoś w tym biznesie. Doświadczenie ogólnie związane z piłką nożną około 15 lat (licząc granie w piłkę) ale obecnie ponad roczna przerwa, odpoczywam.. Być może będę chciał rozwijać gdzieś indziej mój pomysł na biznes http://www.efasport.pl aczkolwiek lepiej czuję się jako trener. Poza tym ten biznes agenta piłkarskiego wydaje się znacznie cięższy niż myślałem i potrzeba dużo pieniędzy na inwestycje. Ogólnie stoję w martwym punkcie i chcę sobie wyznaczyć jakiś cel bo bez tego życie jest do kitu.

    W tym momenice pracuję jako asystent klienta w centrum Londynu ale jakoś to miasto mnie nie przekonuje do pozostania tutaj, mimo, że możliwości są wielkie. Być może jutro się coś zmieni w mojej głowie bo czeka mnie mecz Anglia – Polska na Wembley, ale jednak wolałbym inny kraj do życia gdyż tutaj się niezaklimatyzowałem.. kto wie … Zobaczymy

    Post a Reply
  9. Wow, interesujace Slawek! Szczerze mowiac ja tez dzialalem dosc duzo w pilce noznej przed przyjazdem do Australii w ramach hobby, ale udalo mi sie zalatwic PR przez prace w zawodzie (IT). Co do Ciebie – ciezko powiedziec, bo z jednej strony watpie aby na liscie zawodow poszukiwanych (bezp. do aplikowania o PR indywidualnie) bylo cos wspolnego z „soccer”, z drugiej masz bardzo niszowe zajecie – co mogloby pozwolic Ci znalesc prace i dostac wize 457 (sponsoring) :) Zawsze warto przyjechac np. na pol roku na studia i sie rozejrzec, popytac, poznac ludzi … Powodzonka!

    PS. Jedna rzecz strasznie tutaj wkurza … roznica czasu, co powoduje ze ostatni final Ligi Mistrzow ogladalem o 5 rano :(

    Post a Reply
    • Właśnie tego też się troszkę obawiam czyli braku najlepszej ligi w piłce nożnej oraz ogólnie europejskiej piłki ale z drugiej strony dostać się po jakimś czasie do klubu powiedzmy Sydney FC też byłoby fajnym doświadczeniem, i na pewno łatwiej niż tu dostać się do Tottenhamu czy Arsenalu, wszystko też zależy od szczęścia… oczywiśćie to takie marzenia ale kto nie marzy ten nie żyje ;) Już mniej więcej się orientowałem w temacie studiowania w Sydney na zarządzaniu sportem lub pokrewnym kierunkiem i dostałem wycenę wyjazdu z agencji – Bridge Agency. Z drugiej strony ileż można się uczyć i fajnie już by było przyjechać właśnie na zasadzie jakiegoś sponsoringu. Jest jeszcze jeden problem ;) Muszę przekonać kobietę, której też angielski klimat nieodpowiada, do wyjazdu w tak dalekie strony ;) Chodząc po ulicach na Google Earth Sydney wydaje się być fajnym miastem a jeszcze sporo tam słońca, wody i kolorów no i gospodarka stoi bardzo dobrze więc pokusa tam przyjazdu jest ogromna :)

      Post a Reply
  10. Ja też bardzo lubię to miasto, głównie ze względu na lokację i jedzonko :)

    Post a Reply
  11. Ja zakochalem sie w Sydney wlasnie z tych powodow :) Uwielbialem przychodzic pod opere o 7 rano na sniadanko, kiedy tylko garstka ludzi sobie biegala, uwielbaielm przychodzic przed zachoden slonca, kiedy ciezko bylo znalezc miejsce na cooler z winkiem. Za to ze moglem zjesc jednego dnia lody o smaku durianu, drugiego dnia bigos. Za Bondi Beach, ale chyba bardziej za Manly. Za to ze kazdego wieczoru nawiazalem nowa znajomosc. Za te piekne parki w ktorych spedzilem godziny gapiac sie na lokalne ptactwo. Za opere i most, Chinatown…moglbym wymieniac godzinami. Ah rozmarzylem sie troche, choc minelo zaledwie pare miesiecy od mojego powrotu z Oz ja juz planuje nastepny…Ma w sobie moc, ktora strasznie przyciaga. Za to kocham Sydney.

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.