Latający lekarze

Royal Flying Doctors

Wyobraź sobie, że jesteś australijskim farmerem i prowadzisz wielką hodowlę krów, gdzieś w Zachodniej Australii, powiedzmy 850km od Perth. Pewnego dnia wchodzisz na drabinę, żeby załatać dziurę w dachu. Pech chce, że schodząc z drabiny poślizgujesz się, tracisz równowagę i spadasz na ziemię. Efekt? Złamana noga.

I co wtedy?

W Australii w takich sytuacjach na pomoc przybywają latający lekarze, a dokładniej Royal Flying Doctor Service. To finansowana przez rządy stanowe i federalny oraz z dotacji obywateli organizacja niosąca pomoc medyczną osobom mieszkającym daleko od ośrodków miejskich. A takich ludzi jest w Australii cała masa.

Wszystko zaczęło się w 1912 roku. To wtedy wielebny John Flynn, na zlecenie Kościoła Prezbiteriańskiego, rozpoczął tworzenie organizacji medycznej mającej na celu wspomagać medycznie mieszkańców outbacku w stanie Wiktoria – Australian Inland Mission (AIM). Niestety z powodu ogromnych odległości lekarze AIM bardzo często nie zdążali dotrzeć do pacjentów na czas, i wielu z nich umierało bez możliwości skorzystania z pomocy lekarza. W 1917 roku pojawił się pomysł używania samolotów do interwencji medycznych. Od pomysłu do jego realizacji musiało jednak upłynąć trochę czasu – pierwszy samolot wystartował dopiero w 1928 roku.

Drugim obok samolotów rewolucyjnym pomysłem były wymyślone przez jedną z pielęgniarek tzw. medical chest (czyli skrzynka medyczna) oraz body chart (czyli schemat ciała). Pomysł był niezwykle prosty ale tez niezwykle skuteczny – mieszkańców outbacku zaopatrzono w plakaty ze schematem ludzkiego ciała, na którym każda jego część była oznaczona innym numerem. Do tego każdy dostał skrzynkę leków, także oznaczonych numerami. W przypadku choroby czy wypadku pacjent kontaktował sie za pomocą radia z najbliższą bazą Latających Lekarzy i przy pomocy plakatu ze schematem ciała opisywał lekarzowi swoje dolegliwości. System spisywał się świetnie i bardzo szybko się przyjął. Dzięki niemu można było łatwo uniknąć pomyłki w diagnozowania choroby czy wyborze leków ze skrzynki.

Royal Flying Doctors rosło w siłę i w latach 40tych organizacja obsługiwała w zasadzie całą Australię. Dziś to jedna z najbardziej szanownych i popularnych organizacji w kraju. Na stanie ma 21 baz, 61 samolotów i zatrudnia ponad 1100 osób. Każdego dnia jej samoloty odbywają ponad 200 lotów, a lekarze udzielają ponad 700 konsultacji telefonicznych. Poza lotami do wypadków i nagłych zgłoszeń Latających Doktorzy prowadzą także obwoźne przychodnie specjalistyczne. Co ważne, usługi Latających Doktorów są bezpłatne, także dla zagranicznych turystów. Dlatego wybierając się na australijski outback warto mieć  ze sobą numer telefonu do tej organizacji.

10 lat w drodze, czyli o tym dlaczego nigdy nie przestanę podróżować
Marzycielska Poczta z Podróży

7 komentarzy

  1. Ja oglądałam o tym film , fajny i skuteczny pomysł warto o tym wiedzieć i zaopatrzyć się w nr. tel. jadąc tam…. w pierwszej chwili myślałam ,że ten A
    ustralijski hodowca krów wylezie po drabinie a tam na sianie śpi dwójka Polskich turystów:)

    Post a Reply
  2. Serce rośnie jak się patrzy na takie rzeczy :) A u nas, w Polsce – no cóż, tutaj nawet karetki dostają mandat za przekroczenie prędkości.

    Post a Reply
  3. kiedyś był serial o takich latających lekarzach….o matko jak ja im zazdrościłąm tej pracy, chociaż w sumie nigdy nie chciałąm byc lekarzem..:)

    Post a Reply
  4. A moze przylecieliby do mnie….?

    Post a Reply
  5. Heh, Polsce jeszcze daleko do takiego standardu. Bo jeśli są helikoptery to nie ma lądowisk, jak są lądowiska to nie ma warunków pogodowych. Ale podziwiam ludzi, którzy pracują w takich zawodach. Ja nie wytrzymałabym jako kierowca karetki ani minuty, a co dopiero jako pilot samolotu (choć może nie musi martwić się o korki). Fantastyczny pomysł, zważywszy na przestrzenie i trudność z dotarciem do poszkodowanego na czas.

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.