Jak to jest mieszkać w niebezpiecznej ponoć dzielnicy

Był sierpień 2006 roku i lada moment kończyła nam się umowa wynajmu mieszkania, które akurat zajmowaliśmy. Mieszkanie nie za bardzo nam się podobało, więc zamiast przedłużać umowę postanowiliśmy poszukać nowego. Po kilku tygodniach w końcu trafiliśmy na to idealne. Problem był tylko jeden (a przynajmniej wtedy wydawało nam się, że to problem) – mieszkanie było w Redfern.

O dzielnicy Redfern słyszał każdy sydnejczyk, a i w reszcie Australii ta nazwa jest dosyć powszechnie znana. Obiegowa opinia głosi, że to dzielnica niezwykle niebezpieczna, pełna złodziei, pijaków, rabusiów i agresywnych Aborygenów. Że wizyta tam to proszenie się o kłopoty, że przebywanie na ulicach Redfern po zmroku to czysta głupota, że mieszkają tam tylko cwaniaki żyjący na koszt państwa.  Ta opinia jest wypadkową kilku czynników. Po pierwsze, w Redfern jest dosyć sporo tzw. commission housing, czyli mieszkań komunalnych dofinansowanych przez miasto, przeznaczonych dla ludzi o trudnej sytuacji finansowej. Po drugie, na samym skraju Redfern znajduje się tzw. The Block, czyli kilka przecznic, na których domy i mieszkania przez lata skupowała organizacja Aboriginal Housing Company po to, by zapewnić lokum lokalnym Aborygenom. Po trzecie, Redfern powszechnie jest znane jako dzielnica Aborygenów (choć w liczbach absolutnych jest ich w Redfern i tak bardzo mało – według ostatniego spisu powszechnego raptem około 300 na 12tys mieszkańców w dzielnicy). A w powszechnej świadomości Australijczyków przeciętny Aborygen to pijak, leń i cwaniak, który jest w dodatku agresywny. Te trzy czynniki przez dosyć długi czas tworzyły mieszankę dosyć wybuchową, i Redfern rzeczywiście nie należało do miejsc szczególnie przyjemnych.

Cała Australia usłyszała o Redfern przy okazji zamieszek z 14 lutego 2004 roku. Zamieszki wywołał wypadek, w którym zginął 17-letni Thomas ‚T.J.’ Hickey. Chłopak jechał na rowerze, kiedy zauważył radiowóz. Ponieważ był akurat przez policję poszukiwany za popełnione kiedyś przestępstwo, uznał że policja go ściga i zaczął uciekać. W pewnym momencie stracił panowanie nad rowerem i uderzył w metalowe ogrodzenie. W wyniku wypadku chłopak zmarł. Policja od początku twierdziła, że żadnego pościgu nie było, i że zaraz po wypadku próbowała reanimować chłopaka. Lokalna społeczność aborygeńska nie chciała przyjąć do wiadomości wersji policji. 14 lutego w okolicach lokalnej stacji koleji podmiejskiej zebrała się duża grupa osób, która za śmierć chłopaka obwiniała policję. W stronę policji zabezpieczającej protest poleciały koktajle mołotowa, a potem było już bardzo gorąco. W wyniku zamieszek spłonęła spora część stacji kolejowej, a czterdziestu policjantów odniosło obrażenia. W świadomości sydnejczyków pozycja Refern jako niebezpiecznej dzielnicy umocniła się jeszcze bardziej.

Dokładnie taki sam był i nasz obraz Redfern w momencie poszukiwania mieszkania dwa i pół roku po zamieszkach. Jednak lokum, które tam znaleźliśmy było na tyle fajne, że postanowiliśmy zaryzykować i zamieszkaliśmy w nim. Wcześniej jednak zrobiliśmy dokładny rekonesans okolicy zarówno za dnia jak i po zmroku. W obu przypadkach okazało się, że Redfern niewiele różni się od innych znanych nam dzielnic, czyli  że sprawia wrażenie całkiem zwyczajnego miejsca. Rok wcześniej rozpoczął się program rewitalizacji dzielnicy, w który miasto wpompowało masę pieniędzy. W jego ramach całkowicie wyremontowano główną ulicę dzielnicy i lokalny park oraz zainicjowano masę programów aktywizujących lokalnych Aborygenów. Redfern zrobiło się całkiem przyjemne.

W tym samym czasie developerzy i młodzi Sydejczycy przypomnieli sobie o ogromnym plusie Redfern – lokalizacji. Dzielnica leży tuż za centrum, jedną stację koleją podmiejską o stacji Central i raptem 30min spacerem (lub dwie stacje pociągiem) od sydnejskiego ratusza. Zaczął się boom na lokalne nieruchomości (między rokiem 2005 a 2009 ceny domów wzrosły średnio o 38%). Do dzielnicy wprowadziła się cała masa młodych przedstawicieli klasy średniej. Wraz z nimi pojawiły się kawiarnie i kilka fajnych restauracji. Gwałtownie zaczęła też spadać przestępczość. Miesiąc po miesiącu Redfern zmieniało oblicze.

Nie sugeruję, że dzielnicę zamieszkują dziś same anioły, ale faktem jest to, że dziś Redfern to zupełnie inne miejsce niż 8-10 lat temu. Mało która dzielnica Sydney przeszła tak ogromną transformację. Jednak większość Sydnejczyków o tym nie wie. Ba, większość nigdy w Redfern nie była i nie ma na temat tego miejsca zielnego pojęcia. To jednak nie przeszkadza  im w wydawaniu opinii. Bardzo często, gdy poznaję kogoś nowego i pada pytania o to gdzie mieszkam, to od razu słyszę, że przecież tam jest niebezpiecznie. A ja zawsze wszystkim mówię, że nic z tych rzeczy!

Redfern jest naprawdę fajne! Czy gdyby było to rzeczywiście tak niebezpieczne miejsce jak się twierdzi to chodziłabym kilka razy w tygodniu na wieczorny jogging po lokalnych uliczkach? Czy rozsądne byłoby parkowanie każdej nocy samochodu na ulicy (nie mamy garażu)? Czy wracanie do domu z miasta późno w nocy bez poczucia strachu byłoby czymś normalnym? Czy zorganizowany w zeszłym tygodniu w tak ponoć niebezpiecznym „The Block” fantastyczny lokalny festyn, na którym zjawiło się ponad 2tys lokalsów (białych i Aborygenów) byłoby możliwe? Czy swoje studia przeniosła tu jedna z największych australijskich stacji telewizyjnych (Channel 7)? Czy ludzie chodziliby po ulicach wgapieni w swoje drogie smartfony? Czy młode matki spacerowałaby ze swoimi dziećmi po tutejszych ulicach i parku? Czy ceny nieruchomości stale by rosły? Czy znalezienie tutaj mieszkania na wynajem graniczyłoby z cudem (na każde mieszkanie jest co najmniej kilku chętnych)?

Redfern nie jest tak ładne i nie prezentuje się być może aż tak świetnie jak te z sydnejskich dzielnic, które uchodzą za „dobre”, ale to miejsce ma całą masę charakteru. Nawet tych 300 lokalnych Aborygenów nadaje mu uroku. Tak naprawdę dopiero zamieszkując w Redfern zrozumiałam, że stereotypowy obraz Aborygena jaki króluje wśród Australijczyków jest bardzo nieprawdziwy i krzywdzący. Owszem, wielu Aborygenów nie pracuje i żyje na koszt państwa. Ale to są w większości normalni ludzie z takim samym poziomem agresji jak mój (czyli zerowym).

W Redfern przemieszkałam do tej pory w sumie cztery lata i mam nadzieję, że dane mi będzie mieszkać tu jeszcze bardzo długo. Lubię Redfern za to, że ma klimat, że jest bardzo australijskie (co nie jest takie oczywiste, bo w Sydney jest cała masa dzielnic mało australijskich tzn. opanowanych przez różne  mniejszości), że jest tak blisko centrum, a równocześnie można się tu poczuć jak gdzieś daleko od dużego miasta. Lubię je za to, że jest tu wszystko czego potrzebuję, żeby wygodnie żyć i za to, że mieszkańcy dzielnicy w głębokim poważaniu mają to, co o Redfern myśli wielu niedoinformowanych sydnejczyków i żyją spokojnie jakby nigdy nic.

A zanim ktokolwiek z czytelników bloga, kto mieszka w Sydney zechce mnie przekonywać, że nie wiem o czym mówię, to niech najpierw pofatyguje się do mojej dzielnicy, wypije kawę w lokalnej kawiarni, przespaceruje się po lokalnym parku, poobserwuje życie, a dopiero potem niech wyraża swoją opinię :)

(Wpis z serii Nasza Sydnejska Bucket List)

Kraków da się lubić
Za siedmioma mostami

18 komentarzy

  1. Hej :)

    Jak waszym zdaniem na się porównanie takiego Redfern do typowych polskich dzielnic (bezpiecznych, niebezpiecznych, „przeciętnych”) ?

    Pozdrawiam! :)

    Post a Reply
    • Szczerze mowiac nie mam pojecia. Trzebaby pogrzebac w statystykach. Poza tym jak zdefiniowac typowa dzielnice? Redfern jest normalnym miejscem do mieszkania. Niebezpiecznie w Sydney to jest w weekendowe wieczory w centrum, czy na Kings Cross. W pracy mam kolege, ktory mieszka w zachodniej czesci miasta niedaleko dzielnicy Liverpool. Tam np. regularnie odbywaja sie walki gangow, w ramach porachunkow miedzy gangami ostrzeliwane sa budynki itp. On to slyszy przez okno swojego domu. To sa wlasnie niebezpieczne dzielnice. W Redfern takie rzeczy sie nie dzieja. Liczba innej formy przestepczosci spadly w ostatnich 8 latach drastycznie. Wiec jak slysze, ze ktos mi mowi, ze w Redfern jest strasznie niebezpiecznie to mi sie noz w kieszeni otwiera :)

      Post a Reply
    • Tak też sobie myślałam jak pisałam ten wpis.

      Post a Reply
  2. Dokładnie to samo chciałem powiedzieć – Praga, niby niebezpieczne miejsce, gdzie mieszka „margines”, a jednak obok zrujnowanych kamienic powstaja nowoczesne, piękne, drogie apartamentowce i ich mieszkańcy najprawdopodobniej nie żyją na koszt podatnika – widać, że dzielinca przeżywa coś na kształt II młodości :)

    Post a Reply
    • Czyli podobnie jak w Redfern :)

      Post a Reply
  3. Wpis mi sie bardzo podoba, bo wiem cos o tym z wlasnego doswiadczenia. Urodzilem sie w Krakowie (a dokladniej w Nowej Hucie) i ludzie maja taka sama opinie o Nowej Hucie (pln-wschodnia dzielnica Krakowa), zwlaszcza przyjezdni i ci ktorzy nigdy tam nie mieszkali, maja najwiecej do powiedzenia. Oczywiscie nigdy tam nie byli, ale „slyszeli ze jest bardzo niebezpiecznie”. Zacytuje nawet klasyka: „Na slowa Nowa Huta studentom puszczaja zwieracze”;). Mieszkalem tam cale zycie i nigdy nic mi sie nie stalo. Moge powiedziec, ze to najlepsze miejsce do mieszkania w Krakowie, bo sa najszersze drogi, komunikacja miejska, tanie mieszkania dzieki zlej opinii, duzo parkow, boisk i zieleni, spokoj. Jednym slowem wszystkiego co dobre pod dostatkiem. Mam nadzieje, ze tak pozostanie, bo ludziom mieszkajacym w NH to odpowiada. I analogicznie najbardziej niebezpiecznie jest w Srodmiesciu, na Rynku i okolicach. Zwlaszcza w porach wieczorno-nocnych.

    Podobna slawa cieszy sie np. w Amsterdamie dzielnica Bijlmer, podobniez bezpodstawnie w dzisiejszych czasach. Takich miejsc jest pewnie mnostwo na swiecie, ale same plusy dla tych ktorzy sa mieszkancami, albo odwaza sie przelamac stereotypy i sie w takie miejsca przeprowadzaja (tani wynajem, nie ma tlokow, dobra lokalizacja itd).

    Post a Reply
    • W Redfern tanie mieszkania i domy są już niestety poza zasięgiem. Ceny są po prostu zabójcze, głównie dlatego, że to tak blisko centrum.

      Post a Reply
      • Miałam właśnie pisać o Hucie, bo jak czytałam o Redfern to moje pierwsze skojarzenie było z Nową Hutą. Nie jestem z Krakowa, mieszkam tu 7 lat, a od roku mam mieszkanie na Hucie i nie zamieniłabym go na żadne inne. Fakt, że potrzeba tej dzielnicy trochę więcej życia, ale myślę, że z czasem i na to przyjdzie pora.
        Ale ile razy powiem, że mieszkam na Hucie to słyszę, że jak tak można, że taka niebezpieczna dzielnica, że tu z nożami biegają… I co mniej najbardziej boli mówią to ludzie mieszkający w Krakowie, z tyłkiem przyrośniętym do Śródmieścia i nie będący nigdy tutaj.
        Nasi znajomi po pierwszej wizycie u nas na Hucie tak się w niej zakochali, że kupili mieszkanie obok nas. Więc jednak chyba da się tu mieszkać. ;)

        Post a Reply
    • Owszem stalo sie. Tylko co z tego? Moglo sie to stac na tej samej ulicy 500m w dol, i by to juz bylo w sasiedniej dzielnicy Waterloo, albo 500m w druga strone i byloby w trendy Surry Hills, a nie w Redfern. Wierz mi, ze nie zabijaja sie u nas ludzi na ulicach z zadna regularnoscia. Pech (dla Redfern) chcial, ze zdarzylo sie to akurat tam, a nie kilkaset metrow dalej.

      Post a Reply
  4. Czesto pomieszkuje w Kings Cross jako ze sa tam tanie hotele blisko miasta. Dzielnica rozrywkowa i pelna night clubs. Wielokrotnie wychodzilem tam na piwo i jest bardzo cywilnie. Do miasta mozna isc na piechote. Jest to o wiele lepsze miejsce niz Liverpool czy Redfern.
    Waterloo to tez Redfern. Ci ktorzy wstydza sie przyznac ze mieszkaja w Redfern, mowia ze sa z Waterloo.

    W dzielnicy Liverpool zadne walki gangow sie nie odbywaja, jest to po prostu dziura pelna syfu taka sama jak Redfern. Pelna lumpow, narkomanow i innych elementow. I jedna i druga to dzielnice bardzo problematyczne. Mozna kupe polac lukrem, ale zawsze bedzie pachniala jak kupa

    Post a Reply
  5. Dziwi mnie to, ze az tyle osob probuje przekonac Magde, ze Redfern to „zla” dzielnica. Nie podoba sie Wam tam, to nie musicie tam mieszkac/chodzic. Magdzie sie podoba, wiec wybrala ta dzielnice na swoje miejsce zamieszkania. Nic w tym niezwyklego – kazdy lubi cos innego i nie wszystkim odpowiadaja takie same klimaty. Jedni lubia sterylne i bezpieczne dzielnice, a inni wola kolorowe i rozrywkowe. Wolnosc wyboru i cos za cos.

    Post a Reply
    • Mnie tez dziwi, ze mnie przekonują że mieszkam w „syfie” jak to określił Przyjaciel Przemka (który nie miał jaj, żeby podpisać sie prawdziwym imieniem i zostawić prawdziwy adres emailowy). Jestem gotowa oddać głowę za to, ze to co wie o Redfern (oraz wspomnianym Waterloo) jest efektem opisanego przeze mnie w tekście stereotypu, a nie tego, ze Redfern zna, bo tu mieszkał. Mam tą pewnosc, bo nikt kto tu mieszkal nie napisalby tego co napisal „zyczliwy” komentator, bo to po prostu nie prawda. Ręce opadają. Śmieszne i smutne jest to kiedy ludzie wypuszczają z siebie takie teksty pełne jadu, pełne stereotypów a nie faktów.

      Post a Reply
  6. Hej! Mam okazje zamieszkac na Ambercrombie Street, ale mam juz taki metlik w glowie!Kazdy mowi co innego, moge sie z Wami skontaktowac?:)

    Post a Reply
    • Fajna lokalizacja. Ja bym brała!

      Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.