Za siedmioma mostami

W takim mieście jak Sydney – mieście, w którym woda jest jego nieodzownym elementem – mosty są tak samo niezbędne do życia jak powietrze. To co jednak w Sydney od razu rzuca się w oczy to to jak niewiele tych mostów tu jest. To przede wszystkim dlatego, że odległości pomiędzy brzegami zatoki Port Jackson (znanej powszechnie jakos Sydney Harbour) przy której leży miasto, są po prostu bardzo duże. Port Jackson to w końcu nie rzeka o w miarę stałej szerokości, tylko bardzo nieregularnie ukształtowana zatoka. Mosty zbudowano tam, gdzie miały one największy sens i ich budowa miała ekonomiczną rację bytu. Gdzie indziej między oddalonymi od siebie brzegami zatoki podróżować można promem, albo lądem, drogą – właśnie z powodu wody – dosyć okrężną.

Wśród sydnejskich mostów światową sławę zyskał tylko jeden – Sydney Harbour Bridge. Łączy południe miasta z jego północą i jest tak integralną częścią infrastruktury, że gdy dojdzie na nim do jakiegoś wypadku przez co blokuje się choćby jeden tylko pas ruchu, fragment miasta staje się prawie natychmiast sparaliżowany.

Ale nie o sydnejskich korkach miało być tylko o mostach. A właściwie o tym jak wczoraj zrobiliśmy pieszo 26km przechodząc przez siedem z lokalnych mostów. „Spacer” odbyliśmy w ramach dorocznego 7 Bridges Walk organizowanego przez lokalną organizację charytatywną działającą na rzecz walki z rakiem (Cancer Council NSW). Celem imprezy jest oczywiście promowanie działaności fundacji, a przy okazji to szansa na zebranie funduszy na działalność. W tym roku w spacerze udział wzięło ponoć 10tys osób. Trasa to pętla wokół zatoki Port Stephens (a w zasadzie jej fragmentu), która obejmuje sześć bardzo ważnych i jeden mniej istotny lokalny most (ten mniej istotny to Pyrmont Bridge dostępny tylko dla pieszych).

Przyznam szczerze, że na spacer wybraliśmy się przede wszystkim w celach krajoznawczych, choć oczywiście możliwość wsparcia fundacji była dodatkowym bonusem. Marsz zaczęliśmy na północnym krańcu Sydney Harbour Bridge.

Z mostu jak zwykle rozstaczał się piękny widok, mimo, że od rana niebo szczelnie zasłaniały chmury:

Sam most to wielka kupa żelastwa, które robi jednak duże wrażenie:

Następny był Pyrmont Bridge, dostępny tylko dla pieszych mostek w rozrywkowej dzielnicy Darling Harbour:

Kolejny na trasie był Anzac Bridge, najdłuższy w Australii most wantowy (tak się ponoć mówi o moście podwieszanym na linach), który z daleka wygląda tak:

a z bliska tak:

Następne mosty były już mniej urodziwe. Iron Cove Bridge to zwykła mieszanka betonu i stali, która niedawno został mocno poszerzona:

Trzy kolejne mosty – Gladesville, Tarban Creek oraz Fig Tree – z racji marnego wyglądu w ogóle nie zasługują na uwagę, ale roztacza się z nich przepiękny widok. I to właśnie choćby dla tego widoku warto było zrobić tyle kilometórw:

Reszta trasy wiodła przez spokojne dzielnice miasta oraz przez bush, w którym momentami można było się poczuć jakby było się wiele kilometrów za miastem:

To jest właśnie fajne w Sydney, że tu tuż obok siebie są wieżowce, centra handlowe, plaże, bush i ocean. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Słońe wyszło zza chmur dopiero na samym końcu trasy. Ale to w zasadzie było nam na rękę, bo dzięki temu nie wyparowała z nas na trasie cała energia.

Gdyby ktoś był ciekawy trasy to można zobaczyć ją w szczegółach na tej mapie.

(Wpis z serii Nasza Sydnejska Bucket List

Jak to jest mieszkać w niebezpiecznej ponoć dzielnicy
Galeria na świeżym powietrzu

5 komentarzy

  1. Świetna sprawa taki spacer! Strasznie ciekawa byłam fot:)
    p.s. popraw byka – „żelastwa” – przy 2. zdjęciu;)

    Post a Reply
    • Życie na emigracji nie sprzyja ortografii hehe:) byka porawiałam akurat w momencie jak pisałaś komentarz :)

      Post a Reply
  2. Witaj Magdo!

    Jeszcze niecałe trzy lata temu mieszkałam w Melbourne, ale bywałam kilka razy i w Sydney. Najbardziej wrył mi się w pamięć most Harbour Bridge podczas nocy sylwestrowej w 2009 roku. To niesamowite wrażenie – oglądać to zawsze tylko w telewizji aż tu nagle być na miejscu i na żywo obserwować tę feerię barw i świateł. Bardzo mam miłe wspomnienia związane z tamtym Sylwestrem i z samym Sydney. Pozdrawiam Cię serdecznie teraz już z Polski i zapraszam do siebie na bloga.

    Post a Reply
  3. Bardzo fajna sprawa, zwłaszcza na mapie widać jakie zrobiliście kółeczko :)

    Post a Reply
  4. Strasznie chciałbym się tam wybrać. Niestety w tym roku podczas urlopu coś w ostatniej chwili zmieniło moje plany :/ Naprawdę piękne miasto.
    Btw – super zdjęcia.

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.