Odrobina raju, raptem 300km od domu

Seal Rocks odkryliśmy przypadkiem, pół roku temu, w czasie naszych krótkich bożonarodzeniowych wakacji. Miejsce od pierwszego wejrzenia zrobiło na nas wielkie wrażenie, więc postanowiliśmy do niego wrócić w ostatni weekend (był wydłużony, w poniedziałek świętowaliśmy urodziny angielskiej królowej), bo to raptem 300km od Sydney. W miasteczku mieszka zaledwie 130 osób, trudno tam o zasięg na telefon komórkowy, jest tylko jeden słabo zaopatrzony sklepik, nie ma ani jednej knajpy czy stacji benzynowej. Do najbliższego miejsca, gdzie można owe rzeczy znaleźć jest ponad 40km. Seal Rocks ma za to wiele innych rzeczy, które wynagradzają brak wspomnianych udogodnień.

Przede wszystkim jest ocean. Piękny ogromny, nieogarniony. Niektóre z oceanicznych dzikich plaż w najbliższej okolicy Seal Rocks powalają na kolana. Jedna z nich ciągnie się przez kilkanaście kilometrów! Okolice zamieszkuje ponad 300 delfinów i kilka z nich udało nam się dostrzec w oddali. Jest też malownicza latarnia morska z jeszcze bardziej malowniczym widokiem na okolice. Poza tym tuż obok leży piękny Myall Lakes National Park z wielkimi wydmami i pięknym buszem, a częstymi gośćmi w Seal Rocks są pelikany oraz kookaburras (to jeden z najbardziej znanych australijskich ptaków, na zdjęciu poniżej). To czego Seal Rocks oferuje jednak najwięcej to święty spokój i relaks. Poza spacerami, łowieniem ryb, wylegiwaniem się na plaży czy pływaniem i surfowaniem w ocenie nie ma tam wiele do robienia. Ale to jest w tym miejscu właśnie takie fajne.

Najlepsze jest jednak to, że miejsc takich jak Seal Rocks jest w Nowej Południowej Walii (że o reszcie Australii nie wspomnę) setki, a może i tysiące. Wystarczy zwlec się z wygodnej sofy i ruszyć za miasto drogą biegnącą wzdłuż wybrzeża. Z tej drogi Australia nie wygląda jakoś specjalnie interesująco, ale wystarczy zjechać w którąś z bocznych dróg prowadzących w stronę linii brzegowej, żeby znaleźć takie miejsca jak Seal Rocks.

Dokumentacja fotograficzna jest tym razem z telefonu.











The dingo's got my baby! czyli smutna historia, która wydarzyła się naprawdę
BYO, czyli z własnym trunkiem do restauracji

12 komentarzy

  1. Dotarliśmy tam podczas naszej podróży w 2009 – super miejscówka.

    Post a Reply
  2. za 4te zdjecie 10/10
    piekny widok

    Post a Reply
    • Jest aż taka różnica w jakości zdjec?

      Post a Reply
  3. Super miejsce! Troche jak mini wersja Byron Bay, minus tłumy ;) Jak udalo Ci sie podejsc kookaburry tak blisko?

    Post a Reply
    • Kookaburry przyszły do nas. One są mięsożerne, więc jak tylko zaczynaliśmy grillowanie to zjawiało się ich od razu kilka, siadalo niedaleko i czekalo na okazje. Dwa razy nawet ukradly nam jedzenie w talerzy!

      Post a Reply
  4. no tak….biorąc pod uwage odległości w Australii to tylko takie tam drobne 300 km….wypad za miasto na piknik…:-)

    Piękne widoki,piękna latarnia…:)

    Post a Reply
  5. Witaj,

    Przyjemnie czytać i patrzeć na te wszystkie piękne miejsca.
    Tutaj ten spokój, pustka..mnie zachwycają!
    Australia musi być niesamowita z tymi swoimi niebańskimi plażami i odległościami:)
    Kiedyś tam dotrę.

    Pozdrawiam.

    Post a Reply
  6. pieknie tam…

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.