BYO, czyli z własnym trunkiem do restauracji

Untitled

Słyszał ktoś o czymś takim jak BYO? BYO to skrót od Bring Your Own, czyli Przynieś Swój Własny. Zastanawiacie się o co chodzi? Chodzi o alkohol, a konkretnie o oficjalne przynoszenie własnego alkoholu do restauracji. Brzmi zbyt pięknie, żeby było prawdziwe? A jednak!

W Australii tzw. restauracji BYO są powszechne. Licencja na sprzedaż alkoholu jest droga i dla wielu knajp to za duże obciążenie finansowe. Żeby jednak zachęcić klientów, którzy do posiłku chcieliby się napić piwa czy wina, powstała właśnie instytucja restauracji BYO.

Restauracje często kasują niewielką opłatę za przyniesienie własnej butelki, czyli tzw. korkowe, w zamian oferując kieliszki i wiadro z lodem na ochłodzenie trunku, jeśli takie jest życzenie klienta. Dzięki takiemu układowi i klient jest zadowolony, bo może niewielkim kosztem napić się czegoś do obiadu, i lokal zyskuje, bo klienci nie uciekają do knajpek serwujących alkohol.

Po czym poznać restaurację BYO? Po napisie BYO, które zazwyczaj wisi w oknie, jest umieszczony w menu oraz na stronie internetowej lokalu. Można też po prostu wejść i zapytać :)

Jeśli na drzwiach restauracji wisi informacja, że restauracji jest „fully licensed” oznacza to, że można w niej spożywać alkohol tam kupiony i wnoszenie własnych trunków jest zabronione.

BYO jest powszechnie znane nie tylko w Australiia ale też w Nowej Zelandii i Wielkiej Brytanii.

 

Odrobina raju, raptem 300km od domu
Vivid Sydney 2012

17 komentarzy

  1. w UK bardzo poplularne w „azjatyckich” restaurcjach.Niesamowita oszczednosc na rachunku..:)
    Swoj glos na czerwone zdjęcie juz oddałam..:)

    Post a Reply
  2. Przyjemny to pomysl. Taka sama opcja jest tez w USA i w Kanadzie.

    Post a Reply
  3. tesknie za tym

    Post a Reply
  4. … ale z drugiej strony restrykcje na zakup alkoholu sa nieprownywalnie wieksze niz w Polsce, NSW wydaje licencje w ramach scisle okreslonych godzin i miejsc (tzw. Bottle Shops – cos jak kiedys w Polsce „Monopolowy”). Praktycznie po 8-9pm wszystkie Bottle Shops sa juz zamkniete (poza paroma wyjatkami w skali calego, 5-milionowego Sydney), oczywiscie na stacjach paliw, czy marketach/zwyklych sklepach alkoholu sie nie sprzedaje, bo jest zakaz. Przez to bardzo popularna jest instytucja „Drive in Bottle Shop” – ludzie wjezdzaja autami do sklepu (doslownie), pakuja pare kartonow piw albo win „na zapas” … Ceny na bilbordach przed tymi Bottle Shop’ami podawane sa tez nie za sztuke/puszke tylko za caly karton – coz, co kraj to obyczaj :)

    Post a Reply
  5. Ernest Sereck rzeczywiscie sa takie restrykcje. Pytanie tylko czy one nie sa przypadkiem lepsze niz to co ma miejsce w Polsce 9alkohol dostepny 24h/dobre doslownie wszedzie).

    Post a Reply
  6. Ciekawy zwyczaj, zwłaszcza gdy ma się specyficzny gust piwny/winny, a restauracje nie są w stanie go zaspokoić ;)
    Głos oddany – powodzenia!

    Post a Reply
  7. Ja nie oceniam, stwierdzam tylko fakty :-) Aczkolwiek, pytanie jest czy to na pewno dziala … Jak sie przejdzie np. George St w piatek czy sobote w nocy, albo zlapie pociag z / do CBD po 8-9pm w te dni, to widac, ze problem naduzywania alkoholu wsrod mlodziezy Australijskiej jest co najmniej tak powszechny jak w PL niestety ….

    Post a Reply
  8. w londynie w niektorych restauracjach tak mozna, jak knajpka nie ma koncesji. a to lepiej dla nich, bo jak mozna przyjsc ze swoim na dobra kolacje i nie bulic przy tym 3xtyle za drinki to od razu przyjemniej.)

    Post a Reply
  9. W PL tez sie z tym spotkalem, pod haslem PWB – Przynies Wlasna Butle… Bardzo praktyczne :)

    Post a Reply
  10. Bardzo interesujący wpis, właśnie dla takich tematów czytam blogi o podróżach. Bo dzięki nim nie wychodząc z domu mogę poznawać świat i zastanawiać się, gdzie też się w przyszłości wybiorę. Nie słyszałem o BYO, a więc horyzonty nieco się poszerzyły ;)

    Tym bardziej zainteresował mnie komentarz dotyczący ograniczeń sprzedaży alkoholu w Australii. Ernest Sereck zauważył, że to niekoniecznie wywiera zamierzony skutek. Jednak samo usunięcie alkoholu ze stacji benzynowych mogłoby pewnie zmniejszyć ilość wypadków w Polsce. Zresztą, gdy trzeba się o coś bardziej postarać, to część osób rezygnuje – po prostu z lenistwa. Byłbym za podobnymi rozwiązaniami u nas.

    Czy te ograniczenia występują tylko w Australii, czy może w innych krajach anglojęzycznych również?

    Pozdrawiam,
    Krzysztof

    Post a Reply
  11. @krzysztof:
    zgadzam sie z Ernestem w pelni, Australijczycy maja w domach do tego dwie lodowki – jedna na jedzenie, druga w garazu na alkohol, ktora uzupelnia sie co tydzien w sklepach typu drive through, gdzie ludzie czesto laduja cale pick’upy tylko alkoholem. problem ograniczen alkoholowych dotyczy wszystkich miejsc, gdzie ludzie nie umieja zachowac umiaru – ostatnio podobne ograniczenia wprowadzono w Izraelu, gdzie jeszcze dwa lata temu mozna bylo pic na kazdym rogu wszedzie i wszystko. Pretekst byl taki,ze za duzo mlodziezy (zwlaszcza zolnierzy) rozbija sie autami pod wplywem alkoholu w dni wolne od szkoly czy sluzby wojskowej. teraz male bary z tanim alkoholem sa tam zamkniete, ale te duze i drogie, ktore wykupily licencje nadal dzialaja – a ludzie, jak to ludzie – ida do marketu i kupuja cos na zapas… wiec liczba wypadkow dalej wzrasta, bo wszyscy pija w domu przed wyjsciem. W Kanadzie jest niewiele lepiej od Australii, UK wydaje sie tez coraz bardziej „kontrolowac” niepohamowane brytyjskie zjawisko chlania na umor, wiec ostatnio tez sie tam spotkalem z coraz krotszymi godzinami dzialania „licence”. USA wbrew opinii kraju, ktory wszystkiego obywatelom zabrania, ma piwo i wino wszedzie na podoredziu, a poza kalifornia (ktora zamyka o 2 w nocy), reszta kraju nie ma jakichs przesadnych ograniczen. W Niemczech jest w ogole pelne zrozumienie faktu, ze picia nie ograniczy sie pseudo-prohibicjami – i tak np. w Berlinie juz od wielu lat komunikacja miejska (metro, sbahn, autobusy) dzialaja w nocy z piatku na sobote i soboty na niedziele w takim samym rytmie jak za dnia, po to zeby ludzie imprezujacy i pijacy wlasnie nie rozbijali sie po pijaku autami. Na dodatek w transporcie publicznym dozwolone jest picie, wiec widok berlinczykow i turystow popijajacych piwo albo wino w metrze nikogo nie dziwi. Efekt – koszt operacji metra itp jest mniejszy niz koszt leczenie poszkodowanych po pijaku, oplacania policji itp. Najgorsza prohibicje poki co widzialem tylko w Szwecji i Australii, przy czym, w Australii zakrawa ona czasami na absurd, np. w Queensland wedlug prawa nie wolno wniesc do pokoju hotelowego wlasnego alkoholu – trzeba go kupowac na miejscu (o wiele drozej), a jak miejsce nie ma licencji to sorry, bad luck… prawo nie zawsze egzegkwowane, ale istniejace!
    Podobnie zreszta jak zakaz picia na plazy, wystarczy spojrzec na ktorokolwiek plaze w Sydney, czy ktos sie tym przejmuje…

    Post a Reply
    • Czyli nie ma co się łudzić, że tego rodzaju restrykcyjne ograniczenia przeszkodzą ludziom w osiągnięciu przesadnie rozanielonego stanu… Szkoda. Wielkie dzięki za wyczerpującą odpowiedź!

      Post a Reply
  12. Nie sądziłam, że w Australii maja takie problemy odnośnie sprzedaży alkoholu w restauracjach. Uważam, że to bardzo dobry pomysł, chociaż w Polsce nigdy by to nie przeszło. Niestety w pubach czy restauracja „przebitka” na alkoholu jest zbyt duża, żeby właściciele mogli sobie na to pozwolić.

    Post a Reply
  13. popularne szeroko w Azji a takze w Ameryce Poludniowej. Zauwazylam to dopiero kiedy zaczelam podrozowaz z Australijczykiem. Wczesniej nawet nie smialam zapytac a jak juz zaczelismy pytac okazuje sie ze nie ma nigdzie problemu.

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.