Od zera do bohatera, czyli o tym, że możemy więcej niż nam się wydaje

Dziś zupełnie nie na temat, bo ani o podróżach, ani o Australii. Będzie o dumie, która mnie od wczoraj rozpiera, i radości, która każe mi się dzielić dobrą nowiną. Mam też nadzieję, że uda mi się pokazać, że stać nas wszystkich na wiele więcej niż nam się wydaje. Trzeba tylko mieć plan :)

____________________________

Wczoraj przebiegłam półmaraton. 21.1km.

I przyznam, że chyba jeszcze nigdy nie byłam z siebie tak dumna jak w momencie przekroczenia linii mety. Ta duma i radość nie wynikała tylko z tego, że właśnie dokonałam czegoś, co zawsze wydawało mi się być poza moim zasięgiem (każdy kto mnie zna, wiec jak nie lubię sportu. W siódmej klasie podstawówki miałam nawet na półrocze tróję z W-Fu). Wynikały one przede wszystkim z tego, że po raz drugi w życiu zrobiłam coś co wymagało wielkiego wysiłku i zależało tylko i wyłącznie ode mnie (pierwsza taka rzecz to była realizacji decyzji o podróży).

Być może to ostatnie zdanie zabrzmiało jakbym nigdy nic w życiu nie osiągnęła. Nie, nic z tych rzeczy. Wydaje mi się, że osiągnęłam sporo, ale w zasadzie każde moje osiągnięcie to był sukces grupy ludzi – poza mną byli to rodzice, nauczyciele, znajomi itd. Na przykład zdałam maturę, skończyłam studia, nauczyłam się angielskiego. Te wszystkie osiągnięcia to przede wszystkim moje zasługi, ale to były procesy, w których regularność działania i dyscyplina były na mnie w pewien sposób wymuszone. Bo przecież powszechnie wiadomo, że zdecydowana większość ludzi uczy się, bo wie, że musi, bo ma narzucony z góry grafik, bo rodzice zapisali na angielski, bo za tydzień sprawdzian z matmy.

Nie zrozumcie mnie źle – nie sugeruję, że wszyscy dookoła, włącznie ze mną, to lenie, które bez nadzoru szkoły nic by nie robiły. Ale chyba przyznacie, że człowiek jest o wiele bardziej efektywny w swoim działaniu, jeśli ktoś z góry narzuci mu terminy i powie co dokładnie ma zrobić. Tak jest nie tylko ze szkołą, ale i z wieloma innymi sprawami – między innymi ze sportem. Większości z nas szybko mija zapał. Taka jest ludzka natura. Coś co jednego dnia wydaje się być tak ekscytujące i ciekawe, co wzbudza w nas entuzjazm i wyzwala pokłady energii, po kilku dniach czy tygodniach zaczyna nas nudzić.

Założę się, że każdy z Was przez to przechodził. Obiecywanie sobie, że od jutra regularnie będzie się odwiedzać siłownię, że samodzielnie nauczymy się francuskiego, że nauczymy się HTML/robienia na drutach/pieczenia ciast itp. itd. Zanim jednak minie kilka dni, tygodni, a w najlepszym wypadku miesięcy, zapominamy o obietnicach i wracamy do poprzedniego układu. I żałujemy, że znów się nie udało, albo szukamy nowego zajęcia.

Dokładnie tak samo było z moim bieganiem. Biegania nienawidziłam, ale równocześnie wiedziałam, że to zdrowa rzecz i, że fajnie byłoby biegać. Miałam do niego trzy albo cztery podejścia. Za każdym razem były obietnice i przyrzeczenia, że tym razem to już będzie na zawsze. Za każdym razem kończyło się po kilku sesjach (raz udało mi się wytrwać chyba miesiąc). Na początku tego roku podjęłam kolejną próbę, i w głębi serca byłam przekonana, że to będzie kolejna porażka. Jednak tym razem postanowiłam zabrać się do tematu bardziej z głową niż do tej pory. Postanowiłam mianowicie wykorzystać do treningu coś czego nauczyłam się dawno temu na szkoleniu na temat zarządzania projektami – postawiłam przed sobą cel. Cel musiał być jednak SMART (mądry).

S = specific – cel miał być konkretny. W moim przypadku chodziło o to, żeby regularnie biegać.

M= measurable – cel miał być mierzalny. Postawiłam sobie tutaj dwa wyznaczniki. Po pierwsze, trenować miałam 3 razy w tygodniu po 30 min (poniedziałek, środa, piątek, zawsze o 19.30 i ani minuty później). Po drugie, chciałam dojść do poziomu, który pozwoliłby mi biec bez przerwy przez 30 minut (zaczynałam od kompletnego zera, czyli mega zadyszki po 2 minutach truchtu).

A = achievable – cel miał być osiągalny. Czyli nie obiecywałam sobie od razu startu w maratonie, czy biegania 50km tygodniowo. Wiedziałam, że jeśli będę trzymać się planu, to cel zrealizuję.

R = relevant – cel miał mieć być dla mnie ważny, miał mieć znaczenie. Chciałam biegać, bo wiedziałam, że przy mojej niechęci do sportu muszę w końcu zacząć być bardziej aktywna. Chodziło o moje zdrowie.

T = time-bound – cel miał mieć konkretne ramy czasowe. Dałam sobie na to wszystko 10 tygodni.

Jak widzicie cel był bardzo konkretnie sformułowany – „W ciągu 10 tygodni dojdę do formy, która pozwoli mi na bieg przez 30 minut. Osiągnę to trenując 3 razy w tygodniu o konkretnie wyznaczonych porach”. (Niedokładnie określony cel typu „chcę biegać” jest prawie zawsze z góry skazany na porażkę).

Z takim właśnie celem, w poniedziałek 2 stycznia o 19.30 włożyłam adidasy i poszłam do pobliskiego parku na swój pierwszy trening. Na pewno nie można go było uznać za udany. Przez pół godziny na zmianę biegłam przez minutę i szłam przez dwie. W środę zrobiłam to samo. Powtórzyłam to również w piątek. W następny poniedziałek biegłam 1.5minuty, a szłam przez dwie. I tak powoli, co tydzień moje biegi były trochę dłuższe. Zanim się obejrzałam byłam w stanie biec przez 15 minut. I co najważniejsze po raz pierwszy w życiu bieganie sprawiało mi przyjemność. Myślę, że to dlatego, iż po raz pierwszy podeszłam do sprawy z głową i zamiast od razu rzucać się na kilkukilometrowe dystanse, które z pewnością by mnie zniechęciły, bo byłyby ponad moje siły, wybrałam metodę bardzo małych kroków. Po prostu nie dałam sobie okazji do zniechęcenia. Wręcz przeciwnie – powolutku podnosząc poprzeczkę dałam sobie czas, żeby zdobyć siły do jej osiągnięcia. Kilka tygodni później biegłam przez 30 minut bez przerwy.

Już na tym etapie uważałam to za swój największy życiowy sukces – sama, bez żadnej pomocy czy wsparcia instruktora czy kogokolwiek, kto przypominałby mi o treningach i trzymał nade mną kija dyscypliny, przebrnęłam przez 10-tygodniowy plan treningowy. Pokus, żeby nie trenować było wiele. Czasem było bardzo za gorąco, innym razem mocno wiało, jeszcze innym razem był do obejrzenia dobry film. Jakimś cudem pokusie leżenia na wygodniej sofie udało mi się oprzeć.

Właśnie wtedy pomyślałam, że jeśli chcę, aby bieganie stało się stałym elementem mojego życia, muszę postawić sobie kolejny SMART cel. Poprzeczkę postawiłam wysoko – półmaraton w połowie maja. Znalazłam w internecie plan treningowy, powiesiłam go na lodówce i przez dziesięć kolejnych tygodni religijnie chodziłam na treningi w każdy wtorek, czwartek, piątek i niedzielę. Gdy tydzień temu w ramach jednego z ostatnich treningów przed zawodami przebiegłam 16 kilometrów, dotarło do mnie, że osiągnęłam coś na prawdę wielkiego. Wiedziałam już, że półmaraton przebiegnę na 100%, ale nie to mnie najbardziej cieszyło. Największą radość sprawiła mi świadomość, że znalazłam w końcu metodę na realizację wielu planów i marzeń.

To nie jest metoda rewolucyjna. Ta metoda to po prostu systematyczne działanie. Żeby je osiągnąć muszę mieć jasno określony cel i być na nim skupiona tak bardzo jak to możliwe. Trzeba na jakiś czas zapomnieć o innych rzeczach. Jeśli trenuję na półmaraton to robię tylko to, i nie próbuję w tym samym czasie nauczyć się hiszpańskiego i skończyć kurs grafiki komputerowej. Może inny potrafią robić wiele rzeczy naraz, ale w moim przypadku sukces jest możliwy tylko wtedy, jeśli skupię swoją energię na jednym dobrze sformułowanym celu.

Tak więc jestem dziś z siebie niezwykle dumna. Nie z tego, że przebiegłam 21.1km, ale z tego, że zrobiłam coś, za co jeszcze pół roku temu podziwiałam innych. Czy było trudno wytrwać w celu? Momentami bardzo! Ale motywowało mnie to, że cały czas robiłam postep. Czy było warto wytrwać w celu? Tak, tak, tak!

Co dalej? Czy nadal będę biegać? Tak, bo po raz pierwszy w życiu ta forma sportu sprawia mi przyjemność. Uwielbiam biec wieczorem pustymi ulicami, słuchając dobrej muzyki i rozmyślając. To jest czas tyko dla mnie. Jaki jest mój kolejny cel? Nie, nie maraton :) Chcę najpierw poprawić swój czas w półmaratonie. Mam już nowy plan treningowy, muszę go tylko powiesić go na lodówce i do roboty :)

p.s. Życzę wszystkim sukcesu w realizacji marzeń i planów. Niemożliwe często jest możliwe jeśli podejdzie się do tego z głową, z cierpliwością i z konsekwencją. Powodzenia! A tym, którzy już od dawna realizują swoje plany i marzenia gratuluję wytrwałości i skupienia na celach.

Vivid Sydney 2012
Sydney z wysokości 250m

21 komentarzy

  1. Joanna Mrówka No właśnie najlepszy numer jest taki, że ja też nienawidziłam i podziwiałam wszystkich tych, którzy biegali :) Morał z tego taki, że od nienawiści do miłosci jeden krok :)

    Post a Reply
  2. Bardzo gratuluję! Wielka rzecz! :)
    Moja próba by biegać jest taka jak Twoje poprzednie. Niestety brak mi systematyki. O przebiegnięciu półmaratonu nie myślę, ale chciałbym potrafić biec kilkadziesiąt minut non-stop. Metoda SMART mi się podoba. Muszę ją zaimplementować.

    Post a Reply
    • Trzymam kciuki, żeby się udało. Dodatkowo polecam poszukać jakieś fajnej aplikacji treningowej na smartfona. To dodatkowo motywuje i pomaga usystematyzować trening. Dla zupełnie początkujących polecam http://splendid-things.co.uk/getrunning/

      Post a Reply
      • Dzięki za kciuki i podpowiedź. Normalnie używam Endomondo (sprawdza się podczas wypadów rowerowych czy spacerowych), ale bardziej do notowania kilometrażu i statystyk. Przyda się coś do motywacji, o co momentami najtrudniej. Wiadomo. ;)

        Post a Reply
  3. Podziwiam, zazdroszczę i dziękuję za natchnienie :)

    Post a Reply
  4. Andrzej Budnik Myślę, że tak samo jest z każdą rzeczą, która wymaga wysiłku i sprawia trochę bólu. I nie są to tylko sprawy związane z wysiłkiem fizycznym. Dokładnie tak samo jest z uczeniem się nowych umiejętności – żeby robić stale postęp i się rozwijać trzeba być konsekwentnym, a to się często łączy z bólem (fizycznym i psychicznym) i nie zawsze sprawia przyjemność. Dzięki za gratulacje :)

    Post a Reply
  5. O rety, ależ ja Cię rozumiem! Próbowałam programu 30-dniowego, ale wymiękłam na 2 etapie…Podziwiam i gratuluję!!!

    Post a Reply
  6. Ależ nam się blogosfera rozbiegała :) Pięknie, pięknie! Gratuluje i życzę wytrwałości. teraz pełny maraton!

    Post a Reply
  7. Zabieram się za bieganie. Przez ostatnie parę tygodni jazdy na rowerze rano i po południu zauważyłem znaczą poprawę mojej kondycji, czas na biegi :) Dzisiaj nawet mi się śniło, że przebiegłem 9km ;-) hehe

    Post a Reply
  8. Po tym jakie miałaś początki i że jeszcze niedawno nie mogłaś przebiec 30min bez zatrzymania, tym bardziej gratuluje. Jak najbardziej możesz być z siebie dumna!
    Ja trenowałam przez wiele lat wyczynowo pływanie i jeden z sukcesów jakie odniosłam był chyba najszczęśliwszym momentem w moim życiu i myślę, że już nigdy nie będę z siebie tak dumna, jak byłam w tamtej chwili.
    Nie potrafię powiedzieć czy lubię biegać, niby średnio, a jednak chodzę raz-kilka razy w tygodniu na siłownię i biegam po 4-6km w ciągu 30min, więc nie jest najgorzej;).
    20km przebiegłam ostatnio we wrześniu, kiedy jak gdyby nigdy nic poszłam biegać do Central Parku i nagle zachciało mi się przebieć większą część Manhattanu wzdłuż rzeki;) http://adamantwanderer.blogspot.co.uk/2011/09/almost-half-marathon.html Patrząc na czas, Ty byłaś lepsza:).

    Post a Reply
  9. I o to chodzi, żeby małymi kroczkami iść do celu. Mam taki sam stosunek do biegania jak ty miałaś, lecz jeszcze sie nie zdołałem zebrać w sobie aby, pójść krok do przodu i zacząć z „treningami”, lecz intensywnie o tym myśle, zatem jest lepiej niż było.
    Z moja kondycją fizyczną nie jest najgorzej (wieloma aktywnościami sportowymi się zajmowałem lub zajmuje) lecz do biegania nigdy mi nie było po drodze. Zatem na mojej długiej liście celów do osiągnięcia jest zrobienie maratonu… mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi :)
    pozdrawiam

    Post a Reply
  10. No proszę, serdeczne gratulacje! Szczerze podziwiam, bo sam przeszedłem taką drogę :)

    Od końca podstawówki byłem zwolniony z WFu (przez lenistwo) a teraz dwa maratony ukończone, niezliczone półmaratony podczas biegania samemu i cel: ultra na 100 km w tym roku :)

    Właśnie mnie zmobiliozowałaś, bo już znalazłem sobie kilka wytłumaczeń by nie iść pobiegać, mimo że pogoda jest do tego wymarzona. Zakładam więc ekwipunek i idę do lasu na kilka godzin. Pobiegaj kiedyś poza miastem, w lasach, górach (może na początek górkach), dolinkach. Zakochasz się w naturze na nowo.

    Post a Reply
  11. Gratuluję!!!! Ja rownież ostatnio się zmotywowałam i zaczęłam treningi na siłowni. Czuje się swietnie i cieszę się ze w końcu zaprzestalam wymowek a zaczęłam działanie. Planujemy z mężem wyprawę do Indiochin w styczniu przyszłego roku, wasz blog jest kopalnią pożytecznych informacji. Dziękuję i życzę dalszych sukcesów! Pozdrawiamy z Melbourne :)

    Post a Reply
  12. Ja mam po prostu LENIA, i nie moge sobie z nim poradzic (sic) !!! Nie mam problemu z bieganiem , jak juz zaczne to moge biegac dlugi dustans bez zatrzymywania sie (chyba mam jakis naturalny talent) , bo nigdy w zyciu nic nie trenowalam . I mam taki plan zeby zrobic polmaraton w tym roku , City to Surf dpiero w Serpniu , wic mam jeszcze czas sie przygotowc fizycznie , tylko ten LEN….Nic po prostu musze buc trarda i tyle , i wiem ze jak to zrobie to tak na prawde bede mogla zrobic wszystko .
    Dobra konec gledzenia i czas na akcje .

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.