Thaipusam, dzień pierwszy

Thaipusam był jednym z głównych powodów, dla jakich na swoje krótkie wakacje wybrałam Penang. 9 lat temu widziałam przelotnie ten niezwykły hinduski festiwal i od dawna myślałam o tym, żeby kiedyś jeszcze raz go zobaczyć. Udało się w tym roku.

Zaczęło się wcześnie, bo przed 6 rano. Noc była jeszcze ciemna, ulice puste – pomijając dosyć liczebną armię prostytutek – a temperatura, mimo wczesnej pory, kręciła się już w okolicach 25 stopni. Wymknęłam się z hotelu i ruszyłam w kierunku hinduskiej części starego Georgetown. Nie trudno było trafić we właściwe miejsce, bo ulicami sunęły wystrojone hinduskie rodziny podążające na ropoczęcie obchodów Thaipusam. Gdy w końcu dotarłam do celu oczom moim ukazał się nieopisanie ciasny tłum kobiet w przepięknych sari, mężczyzn w gładko odprasowanych koszulach i na pół śpiących dzieci.

Thaipusam świętowany jest przez Hindusów z indyskiej prowincji Tamil Nadu. Że większość Hindusów w Malezji właśnie stamtąd pochodzi, to i Thaipusam jest w Malezji świętem niezwykle hucznie obchodzonym. Festiwal obchodzony jest jako pamiątka zwycięstwa Murugan, jednego z hinduskich bóstw, nad demonem zwanym Soorapadam.

Gwiazdą pierwszego dnia obchodów festiwalu jest właśnie Murugan. Po trwających kilkadziesiąt minut ceremoniach, posąg z podobizną bóstwa umieszony zostaje w ogromnej, srebrnej karocy. Celem karocy ciągniętej przez parę wołów, jest oddalona o prawie 10km świątynia Nattukottai Chettiar. Nie jest to jednak zwyczajna procesja.

Na jej czele idzie grupka mężczyzn niosących na plecach tzw. kavadi. W najprostszej formie kavadi to drewniana, półokrągła, mocno przyozdobniona i dosyć ciężka konstrukcja, która z racji swojej wagi ma sprzyjać pokutowaniu. A o pokutowanie w Thaipusamie właśnie chodzi. O pokutowanie i składanie ofiar. To wszystko w imię dążenia do bycia coraz lepszym. Robi się to na kilka różnych sposób.

Po pierwsze, jest wspomniane już kavadi. Niosący je na plecach mężczyźni zatrzymują się co kilkaset metrów, żeby wykonać rytualny taniec zwany kavati attam. Idą w upale, pełnym słońcu, wielu z nich to starsi ludzie. Po drugie, jest składanie darów. Dary w postaci owoców i kadzideł oddaje się Murugan’owi jadącemu w karocy. Karoca zatrzymuje się co kilkaset metrów, a wtedy wierni podchodzą z darami, żeby ofiarować je bóstwu. Ludzie zjeżdżają się z całej okolicy i dołączają z darami do procesji na różnych jej etapach. Po trzecie, wzdłuż trasy procesji masowo rozbija się kokosy. Celem jest dostanie się do nieskazitelnie białego wnętrza orzecha, które ma przypominać o czystości do jakiej każdy powinien dążyć.

Te wszystkie rytuały trwają od świtu aż do późnych godzin wieczornych, bo tyle zabiera procesji pokonanie 10-kilometrowej trasy. Jest głośno, radośnie, tłoczno i kolorowo (a z powodu tłumu bardzo trudno to wszystko sfotografować). Jednak to obchody drugiego dnia festiwalu są tym z czego najbardziej słynie Thaipusam – chodzi oczywiście o pokutne samookaleczanie. Ale o tym będzie w nastepnym odcinku już za kilka dni…










Thaipusam, dzień drugi
13 potraw, których trzeba spróbować w Malezji

7 komentarzy

  1. wielkie dzieki Magdo za kolejny fajny wpis.

    i nawet nie jestem tak bardzo glodny jak ostatnio :) :) :)

    Post a Reply
    • Cieszę cię, że się podoba :)

      Post a Reply
    • Milo mi, ze sie spodobaly :)

      Post a Reply
  2. bylysmy w tym samym miejscu w tym samym czasie:) sprawa na poczatku powodowala u mnie placz kotego nie moglam pohamowac pozniej bylo juz lepiej..

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.