Słów kilka o Tannie

Wizyta na Tannie była chyba najbardziej ekscytującą częścią naszego pobytu w Vanuatu. Tanna leży na południu kraju, i według statystyk jest drugą najczęściej odwiedzaną przez turystów wyspą w Vanuatu. To jednak wcale nie znaczy, że jest jakoś przepełniona. Wręcz przeciwnie. To dlatego, że jakieś 90% tych turystów przyjeżdża na Tannę tylko na pół dnia – żeby zobaczyć wulkan Yasur (o nim w następnym wpisie). Przylatują z Port Vila późnym popołudniem, wieczorem odwiedzają wulkan, by następnego ranka wrócić do Port Vila. My na Tannie spędziliśmy 6 dni, i w tym czasie w zasadzie nie widzieliśmy innych turystów.

Tanna jest zupełnie inna niż Efate (wyspa, na której jest stolica Port Vila), czy Espiritu Santo, gdzie spędziliśmy poprzedni tydzień. Jest inna, bo o wiele mniej rozwinięta i o wiele bardziej autentyczna. Na wyspie nie ma ani jednego kilometra asfaltowej drogi, nie ma internetu, w wielu miejscach prąd jest tylko dzięki generatorom, komórki działają dopiero od niedawna. Brakuje też transportu publicznego. Dlatego, żeby z lotniska dostać się na drugą stronę wyspy, pod wulkan Yasur, zabraliśmy się na pick-up jednego z kolesi, którzy czekali na lotnisku i oferowali swoje niezwykle drogie usługi transportowe (a że konkurencji prawie żadnej, to wybór był żaden).

Pick-upy, które są na wyspie jedyną opcją transportu na większe odległości, pełnią funkcję taksówek, autobusów, przewozu cargo i kuriera w jednym, o czym przekonaliśmy się kilka razy przemierzając wyspę w ten sposób. Gdy pick-up zabrał nas i kilka innych osób z lotniska najpierw, udał się do pobliskiego miasteczka Lanakel – jedynego na wyspie –  żeby kierowca i pasażerowie mogli załatwić kilka rzeczy. Odwiedziliśmy w związku z tym prawie wszystkie w miasteczku sklepy (czyli jakieś 6 miejsc), z których każdy był równie marnie zaopatrzony. Wybór ograniczał się do jajek, konserw, ciastek i kilku innych produktów.

Przegląd sklepów zabrał dobrą godzinę. Zakupy, których było bardzo dużo, wrzucono na pakę samochodu, i w końcu ruszyliśmy w trasę. Przed nami było jakieś 40km. Droga była wąska, koszmarnie nierówna, pełna wybojów, a miejscami nieopisanie stroma. Mijaliśmy po drodze malutkie wioski i pojedyncze domki, zatrzymując się w kilku miejscach, żeby albo zostawić jakiś zamówiony przez jego mieszkańców towar, albo po to, żeby kierowca i pasażerowie mogli porozmawiać z lokalsami.

Dwie rzeczy bardzo nas uderzyły. Po pierwsze, niesłychanie szczera radość i życzliwość ludzi. Z czymś takim nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, choć byliśmy w miejscach, w których życzliwość była nieopisanie wielka (np. w Birmie). Każda jedna osoba, bez względu na wiek, witała nasz samochód z ogromnym uśmiechem, ‚hello’ i jeszcze dodatkowo machała. I te gesty były w 100% autentyczne. Po drugie, niesamowite wrażenie zrobiła na nas pokora tych ludzi. Przykład? Jak wcześniej pisałam na Tannie nie ma transportu publicznego, więc lokalsi żeby gdziekolwiek dojechać po prostu wychodzą na drogę z nadzieją, że będzie przejeżdżać jakiś pick-up z wolnym miejscem. Realia są jednak takie, że większość samochodów jest pełna. Ci czekający na transport jednak nigdy nie nie wydają się być tą sytuacją sfrustrowani czy zezłoszczeni. Po prostu krzyczą z uśmiechem ‚hello’ do samochodu, który ich nie zabierze i czekają dalej jakby nigdy nic.

Naszym pierwszym celem na Tannie był słynny wuklan Yasur – i tam właśnie pojechaliśmy prosto z lotniska – ale to miejsce tak spektakularne, że zasługuje na osobny wpis (ten już za kilka dni). W międzyczasie kilka fotek z Lanakel, jedynego na Tannie miasteczka.








Na szczcie aktywnego wulkanu
Raj odnaleziony

1 komentarz

  1. Fantastyczne miejsce. Coraz bardziej mi się tam podoba. Nie mogę doczekać się relacji z wulkanu!

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.