Na wsi w Port Orly

W Port Vila, stolicy Vanuatu, zatrzymaliśmy się raptem na pół dnia, żeby zaraz potem ruszyć na Espiritu Santo, największą wyspę w kraju. Centrum największego (jedynego) miasta na wyspie – Luganville – okazało się być jedną ulicą długą na jakieś 2km zastawioną z obu stron dosyć marnie wyposażonymi sklepami.

Ulokowaliśmy się w moteliku (na Vanuatu nie ma hosteli) dokładnie na przeciw lokalnego parku. Dwa dni później przypadała 31-sza rocznica uzyskania przez Vanuatu niepodległości, ale lokalsi świętowali cały tydzień. Świętowanie ograniczało się w zasadzie do puszczania na maksa lokalnych przebojów, a że scena z głośnikami była w owym parku dokładnie na przeciw naszego motelu, to do północy nie mieliśmy wyjścia jak po prostu poznawać lokalne rytmy, które zasadniczo są dosyć przyjemne dla ucha, choć byłyby o wiele przyjemniejsze, gdyby kierownik imprezy troszkę przyciszył.

Nie ważne było, że przestrzeń pod sceną świeciła pustkami. Muzyka i tak dudniła, że hej. Pusto było dlatego, że niebo gęsto pokryte było chmurami i padał deszcz. To nie była pogoda jakiej się spodziewaliśmy, tym bardziej, że to przecież pora sucha. Jutro będzie lepiej, pomyśleliśmy. Jednak rano pogoda była dokładnie taka sama (a muzyka znów grała). Mimo pogody i żeby uciec od konieczności wysłuchiwania tej samej płyty po raz 12-ty spakowaliśmy manatki i wyjechaliśmy z Luganville w kierunku Port Orly, wioski leżącej na samym końcu jedynej w wyspie asfaltowej drogi (długiej na jakieś 70km).

W wiosece jest tylko jedno miejsce, w którym można się przenocować. To 3 trzy bungalowy tworzące „resort” o nazwie Little Paradise of Port Orly. Każdy z bungalowów składał się z jednej izby, dwóch łóżek złożonych z desek i cienkiego materaca, moskitiery i dwóch krzeseł. Że gości poza nami było sztuk zero, to wybraliśmy sobie bungalow w wersji delux, bo z palnikiem, butlą gazową i patelnią. Właściciela akurat nie było, ale jego sąsiad wpuścił nas to jednego z drewnianych domków i zapewnił, że szef zjawi się później. W międzyczasie ustał deszcz, więc wybraliśmy się na rozpoznanie terenu.

Wieś z gatunku tych sielskich i spokojnych. Dwa sklepy, każdy z gamą jakiś 20 produktów do wyboru, kościół, szkoła, boisko, kilkadziesiąt prostych domków z bambusa, drzewa i blachy. No i piękna plaża. Ktoś może zapytać po co przyjechaliśmy do takiego miejsca, gdzie nie ma żadnych tzw. atrakcji turystycznych. No więc pojechaliśmy tam właśnie dlatego. Żeby zobaczyć trochę prawdziwego życia.

Dwa i pół dnia minęło leniwie, ale przyjemnie. Specary po plaży, spacery po wiosce. Moczenie tyłków w morzu, snorklowanie, zbieranie muszelek. Zabawa z dzieciakami, robienie zdjęć, turniej piłki nożnej, msza w lokalnym kościele.

A Port Orly wygląda mniej więcej tak:















Zielono
Eat, learn, move

6 komentarzy

  1. ….ale zajebiste miejsce! Szkoda, że to po drugiej stronie globu!

    Post a Reply
    • Marta i Widomow – dzięki za miłe słowa! :)

      Post a Reply
  2. bez różnicy jakie miejsce na globie – nastolatki pokazują identyczne gesty pozując do zdjęć :)

    Post a Reply
  3. Achh rewelacja z tym Vanuatu, a siódme zdjęcie chłopców wymiata!

    Post a Reply
  4. Świetny pomysł.Przeciwwaga dla Japonii.
    :)

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.