Jakiś czas po… – wywiad z Adamem F.

Wywiad z serii “Jakiś czas po …”, w którym osoby z podróżniczym doświadczeniem mówią o tym jak podróż zmieniła ich życie i dlaczego warto realizować marzenia.

Adam – rocznik 1982, pochodzi z Tychów, dzieciństwo spędził we Włoszech. Studiował politologię na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. Od lat miota się między różnymi krajami, czasami osiada w nich na dłużej, czasami jest w nich tylko przejazdem, żeby znów wrócić do nich na dłużej…. Obecnie pracuje jako przedstawiciel handlowy i mieszka w Berlinie.

Opowiedz w trzech zdaniach o swojej podróży. Gdzie byłeś? Jak długo ona trwała? Kiedy wróciłeś?
Pięć miesięcy temu wróciłem z podróży dookoła świata. Mój plan był prosty – jak najwięcej zobaczyć drogą lądową i morską, jak najmniej używać transportu lotniczego. Jedna żelazna reguła: jadę samemu, nikt i nic mnie nie ogranicza, zwłaszcza czas – jedynym ograniczeniem jest budżet. Początek był w Istanbule, skąd przez Bliski Wschód drogą lądową dotarłem do Indii i Nepalu. Z Indii przelot do Singapuru, skąd ruszyłem do Malezji, Tajlandii, Birmy, Kambodży, Wietnamu, Laosu, Chin, żeby stamtąd wziąć prom do Korei, a stamtąd następny do Japonii. Z Japonii poleciałem do Australii, skąd przez Nową Zelandię i Fidżi dotarłem do USA i Kanady. Wracając przez Islandię wylądowałem ponownie w starej, dobrej Europie. Na początku w planach miało to wszystko trwać jakieś 14-15 miesięcy, jednak już w trakcie podróży zdałem sobie sprawę, że to zbyt krótki okres na to co chciałem zobaczyć, a życie samo zweryfikowało pierwotne plany i budżet jakim dysponowałem. Ostatecznie wyszło na to, że na okrążaniu globu zeszło mi 28 miesięcy.

O długich podróżach marzy prawie każdy, jednak tylko niektórzy ruszają w drogę. Co sprawiło, że postanowiłeś zmienić marzenie w czyny?
Ja też marzyłem o wielkich podróżach przez całe życie – od małego siedziałem w atlasach i wodziłem palcem po mapie po nieznanych mi wówczas krajach. Co prawda, dzięki moim rodzicom wychowałem się za granicą, a później pracowałem nawet w liniach lotniczych, tak więc podróże były nieodłącznym elementem mojego życia, jednak moje doświadczenia ograniczały się przeważnie do Europy. Po latach obserwacji zmieniającego się świata, doświadczeń podróżniczych innych ludzi i coraz większej dostępności do tanich biletów i informacji o świecie rósł we mnie niedosyt, jakaś nieokiełznana chęć wyruszenia w dal – chciałem samemu w końcu zobaczyć świat własnymi oczami!
Bezpośrednimi powodami, które zmobilizowały mnie do aktywnego działania była na początku chęć spełnienia innego marzenia – zdobycia licencji pilota liniowego. W Europie kursy są za drogie. Znałem najpopularniejsze oferty na Filipinach i w Nowej Zelandii. Zważywszy na to, że miałem wówczas impas w życiu zawodowym oraz brak zobowiązań w życiu osobistym, postanowiłem wykorzystać ten moment, żeby zrobić wreszcie coś tylko dla siebie. Doszedłem do wniosku, że w drodze do licencji obejrzę przy okazji świat…
Efekt końcowy był zupełnie odwrotny – podróż wciągneła mnie tak bardzo, że na pilota zabrakło czasu i pieniędzy. Chciałem złapać na raz dwie sroki za ogon, a z marzeniami najwidoczniej tak nie jest…

Jak wyglądały przygotowania do podróży? Czy to był trudny proces? No i co z pieniędzmi? Spadek po cioci z Ameryki, bogaci rodzice, wygrana w loterii, czy może coś bardziej prozaicznego?
Najważniejsze w moim przypadku to chyba były przygotowania psychiczne. Gdy już zebrałem na tyle odwagi, żeby wyruszyć samemu, to okazało się, że nie mam bladego pojęcia o tym, jak zorganizować podróż dookoła świata. Znałem cel i wiedziałem mniej więcej co chciałem po drodze zobaczyć, więc na początku ustaliłem sobie trasę, po czym zacząłem trochę czytać o krajach, które chciałem odwiedzić. Sytuacja wizowa, zalecane szczepienia, najlepsze pory do odwiedzenia danego kraju, kultura i zwyczaje, ciekawe miejsca. Wszystko przez internet, gazety podróżnicze, Lonely Planet etc. Polecany przez wszystkich internet był natomiast dla mnie mało przydatną papką o tym „jak” się podróżuje – na forach każdy pisze co chce, jakie miał doświadczenia etc., a mało było konkretów pt. „gdzie co i jak”. Nie miałem też czasu, żeby siedzieć godzinami i czytać często mocno zdezaktualizowane już wpisy. Ostatecznie zrobiłem wszystkie zalecane szczepienia, wyrobiłem parę wiz, kupiłem dobry plecak, w Londynie kupiłem z oferty otwarte bilety międzykontynentalne z możliwością taniego przebukowania nawet rok po ich niewykorzystaniu (Round the World Ticket był za drogi i ograniczał mnie do jednego roku podróży), zamieniłem pieniądze na czeki podróżne, zapakowałem (jak chyba każdy na początku) za dużo rzeczy i spontanicznie ruszyłem…
Skąd wziąłem pieniądze? Przede wszystkim z oszczędności z pracy w Anglii. Niestety mieszkając i pracując w Polsce nie da się zaoszczędzić takich kwot. Trochę pieniędzy (nawet więcej niż trochę) otrzymałem ze zwrotu podatku od Jej Krolewskiej Mości, trochę z polisy, którą wycofałem w Polsce po latach składek… Już w trakcie podróży okazało się, że część budżetu, choć skalkulowana prawidłowo, skurczyła się z powodu dewaluującego się wówczas złotego. A że apetyt rósł w miarę jedzenia, ostatecznie zbankrutowałem dwa razy po drodze – szczęśliwie stało się to w Australii , a później w USA, więc za pierwszym razem poratowałem się pracą, która zatrzymała mnie w Oz na dłużej, za drugim karta kredytowa (spłacam ją do dziś, ale warto było!).

Wiele osób rezygnuje z marzenia o podróżach, z obawy o swoje losy zawodowe i przyszłość (bo przecież nikt nie będzie chciał zatrudnić kogoś z roczną dziurą w CV no i trzeba płacić składki na ZUS, żeby zapewnić sobie emeryturę). Jak rozwiązałeś ten dylemat?
Nie miałem tego dylematu. Nie miałem za soba kariery. Na długo przed podróżą wiedziałem już, że korporacjonizm to nie dla mnie, a praca za biurkiem to dla mnie strata życia. Nigdy nie lubiłem rutyny, pracę częściej dostawałem przez przypadek lub z rekomendacji niż poprzez wysyłanie CV, którego staram sie nie pisać, bo ostatnio zauważyłem, że i tak mało kto je czyta. Każdy ma oczywiście inną sytuację finansową, zawodową i zobowiazania rodzinne, a z wiekiem odpowiedzialności (lub kredytów) przybywa. Często jednak obawy te są przesadzone. ZUS i emerytura to i tak marzenia ściętej głowy, nawet w dobrze prosperujących krajach „socjal” nie gwarantuje w dzisiejszych czasach dostatniej starości po przepracowaniu całego życia. Mało kto dostaje teraz umowę na czas nieokreślony, a przy dzisiejszym kryzysie gospodarczym niepewność o losy istnieje i bez podróżowania. Mieszkanie można wynająć, auto sprzedać. Dziura w CV? No cóż, jeśli ma się dobre kwalifikacje, dobrą pracę w potrzebnych zawodach i do tego umie się pracować, to znalezienie nowej pracy nie będzie stanowiło żadnego problemu po powrocie. A jeśli się tych kwalifikacji i dobrej pracy nie miało, to tym bardziej nie widzę problemu. W trakcie podróży człowiek uczy się dobrego zarządzania czasem, budżetem, samodzielności oraz odpowiedzialności za swoje losy. Pracodawca chyba lepiej oceni CV, w którym znajdzie informacje o ciekawej podróży niż np. nudną pracę, z której nic pożytecznego dla obu stron nie wynika…
W Australii zdobyłem ciekawe doświadczenie w handlu, wykorzystuje je teraz w pracy w Niemczech jako przedstawiciel handlowy. Kiedy spłacę długi, zacznę oszczędzac na pilota… albo na następną podróż !

Czy podróż zmieniła w jakiś sposób Ciebie i Twoje życie?
Nie mi jest oceniać, w jakim stopniu ta podróż mnie zmieniła. Ale nie zmienia to faktu, że nastąpiły „namacalne” zmiany, np. w Indiach schudłem 14kg, a po roku „ubyło” mi włosów…
Wiem natomiast, że zmienił się mój punkt widzenia na niektóre sprawy życiowe, które zaprzątały mi głowę przed wyjazdem. Na pewno potrzebuję mniej, by dobrze żyć i dobrze się czuć – stałem się praktycznie materialnym minimalistą. W szok wprawiła mnie szafa pełna moich ciuchów w domu rodziców po powrocie. Nie wiedziałem w co się ubrać, w Azji przez 7 miesięcy chodziłem np.w samych klapkach. Niektóre rzeczy w ogóle przestały mnie interesować… Już przed wyjazdem wyznawałem zasadę, że mój majątek powinien zmieścić się w aucie. Teraz twierdzę, że powinien mieścić się w bagażniku mojego auta! Im mniej mam, tym mniej mnie to wszystko stresuje. Rzecz jasna mogę sobie na to pozwolić jako single bez zobowiązań, ale nadal uważam, ze każdy z nas zbiera za dużo materialnych rzeczy wokół siebie i mało kto cieszy się chwilą. Nauczyłem się orgiastycznie delektować chwilą – zapachem w piekarni i smakiem dobrej kawy, widokiem świeżych owoców na straganie, pięknym zachodem słońca, tym, że ktoś spowoduje u mnie niewymuszony uśmiech, chwilami spędzonymi z bliskimi lub rozmową z innymi ciekawymi ludźmi. Praca ma być dla mnie efektywna, a nie efektowna (np. z nazwy). Nabrałem trochę dystansu do codziennych problemów, chociaż nie wiem, czy nie wzrósł we mnie próg zniecierpliwienia w stosunku do własnych oczekiwań życiowych. Często chce mi się uporania z rzeczami „tu i teraz”, bo ja chcę dalej, bo nie zdążę zobaczyć…

Co jest najtrudniejsze w życiu po podróży?
Życie bez podróży.
Minusy powrotu to… powrót do monotonii, rutyny, przyziemnych ludzkich problemów – wynika to chyba z poziomu adrenaliny i przyzwyczejenia do tego, że w podróży wszystko ciągle się zmieniało, było nowe, nowi ludzie, nowe sytuacje – tak naprawde wszystko mogło się zdarzyć. Jak coś nie pasowało, można było wziąć plecak i odjechać w lepsze miejsce. W normalnym życiu człowiek „po powrocie” zaczyna oczekiwać tego samego, a tu nic – constans, dzień świstaka, ludzie dookoła zrobili życiowy kroczek, a mi się wydaje, że pokonałem maraton. Powoduje to pewne psychiczne „dołki”, ale z drugiej strony motywuje do konstruktywnego działania. Wystarczy nie myśleć o tym, że taka podróż była ostatecznym spełnieniem marzeń i szczytem możliwości, że w życiu jeszcze wiele innych piękniejszych rzeczy da się zrobić i wiele może się wydarzyć.

Jedna rada na osoby, która chciałaby ale boi się.
Dla osoby czy dla osób? Bo samemu podróżuje się całkowicie inaczej niż z kimś. Dla pary nie widzę żadnych przeszkód – we dwójkę zawsze raźniej. Wystarczy ruszyć się z domu! Dla osoby chcącej wyruszyć samemu – odważ się, bo jak nie teraz to kiedy?! Trzeba w życiu realizować marzenia bez oglądania się na innych. W drodze i tak nigdy nie jest się samotnym, spotyka się masę świetnych ludzi. Świat, wbrew pozorom, nie jest taki zły, jest pełen życzliwych i pomocnych ludzi.

Zdobywamy Kościuszkę
Jak grzyby po deszczu

4 komentarze

  1. Hej Magdo i Przemku. Bardzo ciekawy wywiad, kolejny zresztą. Te wywiady mogłyby być dużo dłuższe – po 28 miesiącach na pewno jest co opowiadać ;)

    Przy okazji gratuluję strony i ciekawej zawartości, która mąci mi w głowie :P

    pozdrawiam serdecznie!

    Post a Reply
    • Szymon, cieszymy sie, ze wywiady sie podobaja :)
      Co do ich dlugosci i ilosci pytan, to celem tej serii wywiadow jest nie tyle opowiadanie o samej podrozy, tylko raczej o tym jak ona pytanych podroznikow zmienila, czy bylo warto i ze takie zostawianie wszystkeigo na dluzej nie jest tak straszne jak mogloby sie wydawac :) Mamy nadzieje, ze jesli ktos ma podobne marzenia, ale sie waha, to byc moze ktorys z wywiadow pomoze w podjeciu decyzji :)
      Powodzenia!

      Post a Reply
  2. ha to jest chyba wlasnie moj ulubiony wywiad!! taki mega-max-genialnie pozytywny! nic tyko sie spakowac i jechac dalej! pozdrowienia dla adama & was.

    Post a Reply
  3. A to ciekawe tez jestem z tychow urodzilem sie 1982 i tez bylem w podrozy dookola swiata jaki ten swiat jest maly

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.