Wybory po Australijsku, czyli ciekawiej niż mogłoby się wydawać

Wybory stanowe, Nowa Południowa Walia

Mieliśmy wczoraj w Nowej Południowej Walii wybory do parlamentu stanowego. Osobiście nie głosowałam – bo nie posiadam australijskiego obywatelstwa – ale że P. je ma to wybrałam się z nim do lokalu wyborczego. Bo głosowanie jest w Australii obowiązkowe. Kara za lenistwo wysoka nie jest – raptem $20 – ale gdy sobie przeciętny Aussie policzy, że może za to kupić 4 piwa w knajpie, to się okazuje, że lepiej się troszkę wysilić i głos oddać, niż żeby te piwa miały przepaść.

To był pierwszy raz jak P. głosował w Australii, więc kilka rzeczy nas zaskoczyło.

Po pierwsze, cisza wyborcza ma tutaj zupełnie inną definicję niż w Polsce. Na 24 godziny przed głosowaniem milkną reklamy wyborcze w telewizji i radio, ale nadal się agituje. Jakież było nasze zdziwienie, gdy przed wejściem do punktu wyborczego zobaczyliśmy grupkę ludzi rozdających ulotki kandydatów, a płot otaczająy budynek szczelnie pozaklejany był plakatami promującymi różne partie.

Po drugie, żeby zagłosować nie trzeba przedstawić żadnego dowodu tożsamości. Po prostu podaje się imię i nazwisko, osoba wydająca karty do głosowania sprawdza czy to nazwisko jest na liście, jak jest to je odhacza, daje karty i gotowe. Ja tu widzę co najmniej dwie okazjie do nadużycia: można się przecież podać za kogoś innego i oddać w imieniu tej osoby głos; można też wielokrotnie głosować używając swoich prawdziwych danych, bo nie jest tu tak jak w Polsce, że jedna osoba głosować może tylko w jednym punkcie wyborczym. W promieniu  10 minut piechotą od miejsca, w którym mieszkamy był 3 czy 4 punkty wyborcze, i P mógł głosować w którymkolwiek z nich. Listy głosujących to wielkie księgi wyglądające jak książki telefoniczne, i nikt nie jest w stanie od ręki zweryfikować czy dana osoba przypadkiem nie zagłosowała wcześniej gdzie indziej. Być może tutaj nikt nie próbuje wielokrotnie głosować, albo podawać się za kogoś innego, więc problem nie istnieje. Być może myślę za bardzo po Polsku ;)

Po trzecie, lista partii z których można było wybrać spowodowała u nas opad szczęk. Na szczęście miałam przy sobie notes, więc mogłam sobie je zanotować. A było co notować! Poza standardowym zestawem Liberałów, Partii Pracy, Partii Zielonych czy Chrześcijańskich Demokratów, były też na liście takie cuda jak No Parking Meters Party (Partia Przeciwko Parkometrom), Outdoor Recreation Party (Partia Rekreacyjna), Fishing Party (Partia Rybacka) oraz Shooters and Fishers (Myśliwi i Rybacy). Przed budynekim było też sporo plakatów Sex Party, ale na liście nie udało nam się znaleźć jej kandydatów. P. lubi wędkować, więc przez chwilę rozważał opcję zagłosowania na rybaków, ale że do wyboru były dwie partie w tej tematyce, to nie mógł się zdecydować i w efekcie oddał głos na bardziej ‚standardową’ partię ;)

Głosy wstępnie zliczono i wygląda na to, że po 16 latach rządów Partii Pracy do władzy w NSW wracają Liberałowie.

Jakiś czas po... - wywiad z Michałem Wąsikiem
Jakiś czas po... - wywiad z Szymonem Kochańskim

5 komentarzy

  1. Baardzo ciekawy post:) Niby „powszechnie wiadomo”, że w niektórych państwach jest znacznie mniej biurokratyzmu niż w PL i ogólnie system wyborów jest bardziej przyjazny (wygodniejszy) dla głosujących, ale sama nigdy nie pomyślałabym, że w tak rozwiniętym kraju można głosować na „gębę”;) Także widzę wiele możliwości naruszeń, i o ile przeciętny uczciwy Australijczyk może nie wpadnie na to, że może zagłosować 2 razy (kwestia innej mentalności jak mniemam), o tyle w kwestię kryształowej uczciwości wszystkich polityków był już wątpiła… No ale, jak sama określiłaś, być może myślę „po polsku”;)

    Post a Reply
  2. Kiedyś słyszałem o tym przymusowym głosowaniu i sądziłem, że kara za uchylanie się jest dość spora. A tu się okazuje, że tylko $20… Jaka jest w takim razie frekwencja?

    Post a Reply
    • Nie ma jeszcze danych z wyborow z soboty, ale sprawdzilam statystyki wyborow stanowych z 2007. Wyniki sa podane wedlug okregow wyborczych. Nie przejzalam wszystkich okregow, bo za duzo ich, ale wyrywkowo sprawdzilam 10 z nich i frekfencja w kazdym jest na poziomie 92-95%!!! I pomyslec, ze wystarczy kara w smiesznej kwocie $20, zeby ludzi zmobilizowac.

      Post a Reply
      • Dokładnie. Mała kara działa dobrze, lepiej niż żadna i lepiej niż duża. Chyba z dwóch powodów – raz, że trochę nie za fajnie być karanym, a po drugie jeśli nie jest za duża, motywuje ludzi do myślenia „powinienem zagłosować”, szukania kandydatów, a na koniec taki ktoś stwierdza, że sam, z własnej woli ma po co iść do urny – bo w międzyczasie znalazł kandydata, albo partię, która mu pasuje :) Gdyby dać karę $500, frekwencja byłaby pewnie bliska 100%, ale ludzie mieliby poczucie, że poszli, bo ich zmuszono. Bardzo mądre rozwiązanie.

        Post a Reply
  3. zapomialas dodac Magda ze glos oddaje sie olowkiem :))ale z tego co pamietam to potrzbny byl dowo tozsamoci ze zdjeciem , ale przekonam sie w sobote , juz raz sobie zbimbalam pojscie do wyborow i placilam kare ,a oprocz tego pani Gillard wygrala wiec plulam sobie po twarzy dwa razy …a co moj glos tez sie liczy :))

    Post a Reply

Trackbacks/Pingbacks

  1. Państwo, które nie chce być żartem, czyli ułańska fantazja Australijczyków - Do Australii - [...] „poddanych” z list wyborców, co jest w istocie niezwykłe w Australii, gdzie istnieje przymus głosowania w wyborach do parlamentu…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.