4 rzeczy, których nie lubię w Sydney

Jak Ci się kojarzy Sydney? Piękna pogoda, dziesiątki plaż, ocean, budynek opery, słynny most, spektakularne fajerwerki noworoczne? To wszystko prawda, ale niekoniecznie jest to jedyna prawda. Bo wszystko na tym świecie ma też swoje gorsze strony. I mimo, że życie w Sydney generalnie rzecz biorąc jest dosyć łatwe, lekkie i przyjemne, to na pewno nie jest idealne. Dlatego postanowiłam napisać o tym, czego w Sydney nie lubię.

Koszty życia

Kosmiczne, astronomiczne, przerażająco wysokie, absurdalne. Nie wiem jak jeszcze je nazwać. Czasem słyszy się historie o studentach z Chin, którzy mieszkają po trzech w jedenym pokoju, a czasem i na balkonie. W zasadzie mnie to nie dziwi, bo pracując na pół etatu, albo za najniższe stawki trudno pozwolić sobie na coś wiecej biorąc pod uwagę ceny wynajmu mieszkań w Sydney. O zakupie własnych czterech kątów nawet nie wspomnę. Dopóki nie ma się dostępu do połowy bańki nie ma co w ogóle myśleć o zakupie lokum w jakiejś rozsądnej odległości od centrum. Zakupy spożywcze też czasem przyprawiają o zawrót głowy. Podróż skończyła się pół roku temu, ale my nadal nie możemy się przyzwyczaić do faktu, że tutaj najtańszy lancz kosztuje tyle co w Wietnamie pokój dwuosobowy z klimą, wifi i śniadaniem. Ja wiem, że Australia to nie Wietnam, ale trudno powstrzymać się od porównań.

Zima

Mitem jest to, że w Sydney zawsze jest ciepło. Co prawda lokalnej zimie daleko do polskich mrozów, ale jak na lokalne warunki bywa naprawdę chłodno. To samo w sobie nie jest dla mnie żadnym problemem – wychodząc na zewnątrz po prostu cieplej się ubieram. Problemem dla mnie jest za to to, że równie ciepło muszę się zimą ubierać będąc w domu. To dlatego, iż mimo temperatur typu 3-5 stopni w nocy i 12-15 w ciągu dnia, nie funkcjonuje w Sydney coś takiego jak centralne ogrzewanie. Jak ktoś ma klimatyzację (i kasę na płacenie kolosalnych rachunków za prąd) to może nią grzać mieszkanie. Jeśli jednak ktoś (np. my) owej klimy nie posiada to musi przygotować się na marznięcie. Dogrzewamy się wtedy małym elektrycznym grzejnikiem, ale to się na niewiele zdaje, bo powszechne tutaj okna z jedną tylko szybą (podwójne szyby to tutaj niezmiernie rzadki luksus) są zazwyczaj koszmarnie nieszczelne. Jednym słowem jest zimno.

Ruch uliczny i kierowcy

Z premedytacją zawsze mieszkałam w Sydney w takiej lokalizacji, żeby do pracy móc dojść piechotą lub bardzo szybko (do 20min) dojechać autobusem lub pociągiem. Z premedytacją, bo szkoda mi życia na stanie w korkach. A te są tutaj nieopisane. Centrum to jest katastrofa z punktu widzenia układu ulic i funkcjonalności sygnalizacji świetlnej. O zielonej falii nikt tu chyba nie słyszał. Drogi dojazdowe do centrum też pozostawiają wiele do życzenia. Cały czas powstają nowe dzielnice na obrzeżach miasta, ale dróg do nich prowadzących wcale nie przybywa. Dla pieszego, czyli między innymi dla nas, Sydney też jest dalekie od ideału. Normą są kierowcy zastawiający przejścia dla pieszych albo przejeżdżające przez nie na czerwonym świetle. Do tego czas oczekiwania na zielone na przejściu jest zazwyczaj bardzo długi. Samochody mają zielone przez jakieś 3-4 minuty, a piesi przez 20-30 sekund. Kpina.

Karaluchy

Nie jadowite pająki i węże z jakimi kojarzy się Australia, tylko niezniszczalne karaluchy. Sprzyja im ciepły i wilgotny lokalny klimat. Ci mieszkający w nowym budownictwie na wyższych piętrach pewnie nie rozumieliby dlaczego narzekam na karaluchy. Oni ich po prostu prawie nie widują. Za to mieszkanie w starym budownictwie w zasadzie gwarantuje bliskie spotkania z tymi wstrętnymi owadami. A te bywają tutaj naprawdę okazałe (nie jest niczym niezwykłym karaluch 5-centymetrowy). Oczywiście to nie tak, że karaluchy spacerują bez przerwy po mieszkaniu. Widuje się je w zasadzie tylko w lecie, ale prawie codziennie. Czasem w łazience, czasem w kuchni, bardzo często na klatce schodowej. I nie ma żadnego znaczenia jak często i dokładnie się sprząta – bestie były, są i zawsze będą. Obrzydliwe.

Wszystko inne aspekty życia w Sydnej są jak najbardziej ok :)

Widok z Pylon Lookout. Sydney Harbour Bridge.

Zdjęcie tygodnia: Skała
Jakiś czas po ... - wywiad z Agnieszką i Maćkiem

24 komentarze

  1. Dokladnie!Ze wszystkim, co powyzej opisalas zgadzam sie w 100%! Do tego dodam tylko kolosalne ceny biletow komunikacji miejskiej.

    Post a Reply
  2. wychodzi na to, że Sydney nie dla mnie, bo ciepię na poważną karaluchofobię;)

    Post a Reply
    • Sprawę można zazwyczaj załatwić lokując się w nowym budownictwie. Poprzednio mieszkaliśmy w 4-letnim budynku i przez ponad 2 lata nie widziałam tam ani jednego karalucha. Teraz mieszkamy w budynku z lat 70-tych i niestety sytuacja jest zgoła inna…

      Post a Reply
  3. Dostepność kredytów hipotecznych w Polsce jest a tym bardziej była kilka lat temu więcej niż dobra i przystępna… Czy to znaczy że tam ludzie jeżeli nie mają naprawdę dobrej pracy to koczują po kilka osób, ewentualnie wynajmują pokój??

    Post a Reply
    • Po prostu bierzesz kredyt i spłacasz go przez 30 lat. Nie wymaga to posiadania bardzo dobrej pracy. Wystarczy praca z pensją na poziomie średniej krajowej (z założeniem, że pracują dwie osoby). Czyli tak jak wszędzie.
      Naprawdę trudno jest czasem tym, którzy dopiero co przyjechali i mają marną pracę. Dodam od razu, że nie każdy ‚nowy’ w Australii jest skazany na trudności. Jak ktoś jest obrotny i pracowity to bez problemu sobie poradzi :)
      Co do Chińczyków, którzy mieszkają po 3 w jednym pokoju to z jednej strony to często kwestia obniżenia kosztów, ale z drugiej ich wrodzona miłość do pieniądza. Fakt jest taki, że Chińczyk zawsze będzie kombinował tak, żeby jak najmiej wydać i jak najwięcej odłożyć. Tak po prostu są wychowani. Jeśli chodzi o Europejczyków to nie znam ani jednej osoby, która z kimś dzieli pokój.

      Post a Reply
      • Mieszkałam w Sydney przez półtora roku właśnie w takim mieszkaniu gdzie było nas chyba z 10 osób na trzy pokoje (żadnych Chińczyków, z Azji tylko jeden Japończyk i dziewczyna z Korei) plus jeden Nowozelandczyk spal na balkonie. Ale ja przyjechałam do Australii do szkoły na określony czas i chciałam mieszkać w City a taki dzielony apartament to chyba jedyna w miarę tania opcja w centrum miasta. Generalnie bardzo fajne doświadczenie, ludzie mili, z całego świata, dużo śmiechu i zabawy, taka przyspieszona lekcja tolerancji i współżycia z całkiem innymi kulturami pod jednym dachem. Jednak szczerze przyznam ze gdy wracałam do domu to wyprowadziłam się z ulga, po pewnym czasie brakuje przestrzeni, poczucia prywatności. Doświadczenie fajne jak się jest młodym i na krotki okres czasu.

        Post a Reply
      • A ja dodam, że na studiach w Krakowie moi znajomi mieszkali w 4 osoby w pokoju, a ja (student zaoczny) przyjeżdżałam do tego mieszkania na weekendy. Także jeżeli dla kogoś to jest argument przeciw Sydney… To chyba zapomniał po prostu jak biedny są studenci z założenia 😉

        Post a Reply
  4. To nie dziwi. Australię zamieszkują potomkowie złodziei, przestępców, ludzi wyjętych spod prawa, itd….. Stąd jest jak mówisz.

    Post a Reply
    • Australię zamieszkują potomkowie złodziei, przestępców, ludzi wyjętych spod prawa i dlatego zima jest zimna, nie przyjęły się okna z podwójną szybą, a karaluchom sprzyja tutejsza pogoda latem. Ciekawa logika ;)

      Post a Reply
  5. Karaluchy! Na szczęście miałem ostatnio okazję uodpornić się na nie, gdy administracja w moim bloku postanowiła zrobić dezynsekcję tylko na górnych piętrach… ;)

    Magda, to co piszesz jest bardzo ważne. Optymizm – w sensie radzenia sobie z niepowodzeniami – pomaga. Ktoś, kto jest pesymistą nie odważy się podjąć wyzwania, bo wie, że przy byle niepowodzeniu szybko się załamie. Z optymistycznej postawy bierze się pracowitość i wytrwałość :)

    Australię zamieszkują potomkowie przestępców – jeden ze starych, dobrze trzymających się mitów… Australia to kraj imigrantów. Przestępców było maksymalnie kilkadziesiąt tysięcy, po czym do kraju przyjechały setki tysięcy zwykłych ludzi, których przyciągnęło złoto. A obecnie są to miliony imigrantów. Teraz podobno co piąty mieszkaniec Australii to osoba urodzona za morzem.

    Post a Reply
  6. Nooo… to bardzo optymistyczny wpis! Generalnie można go polecić wszystkim malkontentom z moich okolic, bo jak się okazuje drogi i dojazd do centrum nie tylko na mojej dużej „wiosce” jest taki pokichany. Zawsze się wydaje, że „TAM” (gdziekolwiek to jest) jest lepiej… a tu taka niespodzianka…
    No i z tą zimą to wtopa okrutna. Czy reumatyzm nie jest tam dość popularny?

    Post a Reply
  7. Fajny post.
    Nowy Jork też podobno jest pełen karaluchów latów, a mówię „podobnie”, bo mieszkam w nowym budynku i nie ma szans, żebym tutaj takiego zobaczyła.
    A jak jest ze szczurami? Widujesz jakieś? Bo tu się mówi, że szczurów jest więcej niż ludzi;))). Będąc na stacji metra ciężko nie zobaczyć biegającego po torach szczurka, chociaż akurat ja nie czuję do nich odrazy;)

    Post a Reply
    • Szczura widziałam raz, wieczorem w parku. Ale to nie znaczy, że jest ich mało. Zapewne królują w kanałach :)

      Post a Reply
  8. A co powiesz o bezpieczenstwie w Sydney? Mozna spokojnie wieczorem spacerowac po miescie :) ?

    Post a Reply
    • Jak w każdym dużym mieście i w Sydney są ciemniejsze zakątki (jest kilka nieciekawych dzielnic w zachodniej części aglomeracji). Ale ogólnie rzecz biorąc uważam, że jest bezpiecznie. Przez większość mojego pobytu w Sydney mieszkałam w bezpośrednim sąsiedztwie centrum i nigdy nie było żadnych problemów

      Post a Reply
  9. A jak to jest z tymi okropnymi pajakami? Widujesz je rownie czesto?

    Post a Reply
    • W mieszkaniu tylko raz trafił mi się duży pająk, ale tutaj rozmiar pająka jest odwrotnie proporcjonalny do tego jak jest niebezpieczny (czyli im większy tym mniej się jest czym martwić). Te małe, groźne pająki też żyją w Sydney, ale zazwyczaj w takich miejscach, że raczej nic nikomu nie grozi. Dla przykładu, żyje sobie w Sydney pająk o nazwie funnel-web spider (od jego jadu można ponoć umrzeć w ciągu 15 minut). Jednak od czasu kiedy w 1980 roku udało się wyprodukować antidotum, nie było ani jedego zgodu z powodu ukąszenia.

      Post a Reply
  10. Oj , ja bym chyba nie wytrzymala takiego spotkania z duzym pajakiem, sama nazwa przyprawia mnie o dreszcze, nie mowiac o tym, że miałby pojawic sie w moim mieszkaniu! :)

    Post a Reply
  11. Mieszkam w Sydney od 25 lat w dzielnicach zachodnich ,i uwarzam ,ze jest to jak najbardziej trafny opis (obiektywny) zycia w Sydney ,mozna jeszcze do tego dodac 30 tys dzieci bez domnych i zaniedbania w budowie mieszkan socjalnych siegajace 17 lat oraz galopujace ceny mieszkan ,domow ,wynajmu i oczywiscie artykulow spozywczych ,owocow i warzyw .Jednym slowem z powodu drozyzny na wszystko ,nawet tak pieknie polozone Sydney ,przestaje byc atrakcyjne !!!

    Post a Reply
  12. ten ruch uliczny nie jest az tak straszny w porownaniu z miastami europejskimi czy amerykanskimi, ale ta komunikacja miejska dobija… niepuktualna, powolna…
    karaluchy masz w 100% racje, najgorzej gdy sie mieszka w budownictwie z lat 30 czy 40 na parterze czy 1 pietrze (a ta zabudowa zazwyczaj w sydney ma tylko 1-2 pietra) – nie wolno w kuchni na blacie czegos bylo zostawic bo zaraz wszystko pelzalo…
    ta zima byla upierdliwa, ale w sydney trzeba stosowac module lizbonska – wieczorem koce i farelka, a za dnia siedziec na kawie w cieplej kawiarni – portugalczycy tak wlasnie zimuja, bo u nich pogoda taka sama.
    dla mnie dyskomfortem w sydney byly jeszcze godziny otwarcia sklepow (niewystarczajaco dlugie), sklepow monopolowych (skandal!!!) i restauracji (no comment).
    Wychodzilo zawsze na to, ze w normalny dzien ( a nawet sobote) o godzinie 12 w nocy nie kupisz nigdzie piwa (poza pubem ktory zamyka gora o 1) i poza Olympic Yeeros na Oxford Str. nic juz tez nie zjesz…. nie zapomne jak w srodku lata na darlinghurst w restauracji w piatek wieczorem o 20:55 uslyszalem ze kuchnia juz zamknieta, bo dziala tylko do 21…. nie dla mnie te australijskie chodzenie spac z kurami!!!

    Post a Reply
    • Alkohol jest nie do kupienia w nocy, bo takie są przepisy. Nic się z tym nie da zrobić…

      Post a Reply
  13. No karaluchy to jest niesamowite, byłem wcześniej pół roku w Ameryce Pd. i ani jednego, przyjeżdżam do Sydney do hostelu i są!!! w końcu haha a faktycznei drogo tam, oprócz wina w kartonikach chyba

    Post a Reply
  14. Ja nie nawidzilem wszedobylskich muszysk, ktore wchodzily gdzie popadnie. Nie wiem czy to normalne dla tego miasta, bylem w czasie ‚bushfires”(nie wiem czy to ma jakis zwiazek) w pazdz 2013 i muszyska byly doslownie wszedzie.

    Post a Reply

Trackbacks/Pingbacks

  1. 10 powodów, dla których uwielbiam Sydney | Careerbreak - […] temu pisałam o 4 rzeczach, których nie lubię w Sydney, i nie wiedzieć czemu do tej pory nie napisałam nic…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.