Tasmańska porażka

Zaczęło się bardzo zwyczajnie i nic nie wskazywało na to, że następnego dnia spotka nas taka niespodzianka. Samolot wystartował i wylądował punktualnie. Hostel w Launceston okazał się być przyjemny, choć koleś na recepcji był mało entuzjastyczny, co w zasadzie można mu było wybaczyć, bo wypadło mu pracować w pierwszy dzień świąt. Znaleźliśmy jedyny w okolicy czynny sklepik, kupiliśmy składniki na kolację, zjedliśmy i poszliśmy spać.

Rano o 10.00 miał do hostelu zostać dostarczony samochód, który zamówiliśmy ze dwa miesiące wcześniej. Wypożyczalnię znaleźliśmy w necie. Mała, lokalna firma, której wielkim plusem było to, że samochód można od nich wypożyczyć mniej więcej za połowę tego, co liczą sobie duże sieciowe wypożyczalnie. Sieciówki mają nowe samochody, których ubezpieczenie sporo kosztuje, a ta lokalna wypożyczania miała do dyspozycji trochę starsze samochody. Starsze, w sensie mniej więcej 10-15-letnie.

Gdzieś około 9.00 telefon. Koleś z wypożyczalni mówi, że z pewnych przyczyn – od nich niezależnych – samochód, który zamówiliśmy nie jest dostępny. Nie musimy się jednak o nic martwić, bo znaleźli dla nas samochód zastepczy. Tu usłyszeliśmy listę zalet owego samochodu – nowe opony oraz raptem 65tys km na liczniku. Koleś pośpiesznie rzucił także, że samochód jest z tych starszych.

Kilka minut po 10.00 pojawił się koleś z samochodem. Opony być może były nowe, ale szybko okazało się, że miał to być jedyny atut owego pojazdu. Na pytanie o wiek auta koleś odpowiedział, że samochód ma jakieś 18 lat. Wystarczył jednak jeden rzut oka, żeby wiedzieć, że to nie prawda, i że o wiele bardziej realistyczna jest liczba 28 (co później otwierdziły poszukiwania w necie). Po prostu stary grat. Powiedziedzieliśmy, że nie jesteśmy zadowoleni, bo to jednak dosyć inny samochód od tego który zamówiliśmy. W planach był między innymi wyjazd do parku narodowego w górach, więc potrzeba nam był czegoś, na czym można trochę bardziej polegać. Koleś powiedział więc, że wróci do biura, wykona kilka telefonów i postara się nam znaleźć inny samochód. Miał nam w ciągu kilkunastu minut dać znać co i jak.

45 minut później nadal nikt do nas nie zadzwonił. Na tym etapie naiwnie myśleliśmy, że koleś po prostu ciężko kombinuje nad samochodem dla nas. Zadzwoniłam zapytać jak mu idzie. Telefon odebrała jakaś paniusia, która oznajmiła, że ponieważ samochód nam się nie podobał to dano go innemu klientowi, a koleś, który nas obsługiwał jest nieosiągalny. Paniusia nie potrafiła wyjaśnić dlaczego anulowano naszą rezerwację bez skonsultowania tego z nami. Po dwóch dosyć impulsywnych rozmowach, w czasie których próbowaliśmy uzyskać od kobiety coś więcej niż tylko I can’t help you dotarło do nas, że zostaliśmy wystrychnięci na dudka.

Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie innego samochodu w innej wypożyczalni. Nie wiem w ile miejsc zadzwoniliśmy. Po obdzwonieniu wszystkich możliwych opcji w Launceston przyszła kolej na Hobart i Davenport. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale NIKT NIGDZIE nie miał wolnego auta. Ja wiem, że to szczyt sezonu na Tasmanii, ale żeby nie było ani jednego wolnego auta? Wyglądało na to, że taka właśnie jest sytuacja. Opcja jeżdżenia po wyspie autobusami bardzo szybko odpadła – w planie było nurkowanie, wędkowanie, trekingi. Autobus by nas w te wszystkie miejsca nie dowiózł. No i dochodził do tego jeszcze fakt, że mieliśmy te wszystkie rzeczy robić ze znajomymi, którzy w czasie naszej udręki znajdowali się na promie, który wiózł ich na Tasmanię z Melbourne. Nie można się było z nimi skontaktować, a nawet jakby się dało, to nic by z tego nie wynikło. I tak nie mieli w samochodzie miejsca dla dwóch dodatkowych osób.

Siedzenie w Launceston nie miało więc sensu. Zebraliśmy się więc na lotnisko, i w 24 godziny po wjeździe z domu, byliśmy tam znowu…

Przed nami było jednak 8 wolnych dni. Nie mieliśmy zamiaru spędzić ich tkwiąc w Sydney. Wypożyczyliśmy więc samochód (tym razem z pewnego miejsca) i pojechaliśmy w najbardziej improwizowane wakacje jakie było nam dotąd razem odbyć.

Pojechaliśmy na australijski road trip.

CDN

Droga
Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

5 komentarzy

  1. To już przynajmniej wiecie dlaczego mała firma jest o połowę tańsza :).

    Post a Reply
  2. nie fajnie z tym samochodem… tez wypozyczalismy vana z jakiejs malej firmy, ale w Hobart i sprawdzili się na medal. Nawet gdy powiedizałam, że bęzyny jest mniej niż pełen bak bo zaparkowaliśmy pod górkę to odpowiedizeli, że nie ma sprawy i że możemy oddać auto z połową baku :D

    Post a Reply
  3. a w jakie fajne miejsce pojechaliscie?

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.