Po pierwsze – wszędzie biegacze

Część pierwsza komentarza do artykułu z Wysokich Obcasów sprzed kilku tygodni.

Po pierwsze – wszędzie biegacze. O szóstej, o ósmej, w samo południe, wieczorami i w nocy. A jeśli nie biegną, to jadą – na rowerze, na rolkach, na deskorolce. Jeśli ktoś już idzie, to szybko. W adidasach i stroju sportowym. W hotelowym koszyku z gazetami same magazyny o zdrowiu! Typowe śniadanie w okolicznych kawiarenkach: jajecznica z eko-jajek, musli z owocami, owsianka, chleb z pełnego przemiału i koktajl owocowy. Tak dbają o zdrowie, może ma to coś wspólnego z obsesją na punkcie wyglądu?

No więc to wszystko zależy. Zależy, gdzie się patrzy. Bo jeśli patrzy się na centrum Sydney i przylegające do niego dzielnice, to rzeczywiście można mieć wrażenie, że co druga osoba uprawia jakiś sport. Kluby finess są zawsze pełne, w czasie przerwy na lancz wiele osób wkłada adidasy  i idzie na jogging, w parkach biegacze i rowerzyści. Obraz jest jednak złudny. Bo tak samo jak Warszawa nie jest reprezentacyjna dla Polski, tak Sydney nie jest reprezentacyjne dla Australii. A prawda jest taka, że Australia to kraj tłuściochów.

Według badań Śwatowej Organizacji Zdrowia z 2007 roku 67,4% Australijczyków cierpi na nadwagę (z czego 1/3 to osoby kwalifikowane jako otyłe) . To daje 21-sze miejsce na świecie, a wśród krajów anglosaskich 3-cie, tuż za USA i Nową Zelandią. Dodatkowo jeśli popatrzeć na wszystkie tzw. kraje rozwinięte, to w Australii grubasów przybywa najszybciej. Jak to możliwe? A no możliwe, bo australijska obsesja na punkcie sportu, która jest jak najbardziej faktem, to obsesja bierna – (prawie) każdy ogląda mecze rugby albo australijskiego futbolu, każdy kibicuje krykiecistom, każdy ekscytuje się wyścigami konnymi. Za to tylko garstka wkłada dres i dobrowolnie się poci.

Nie pomaga też dieta. Bo to, że typowe śniadanie w kawiarniach w Sydney to jogurt z museli albo koktajl owocowy nic nie znaczy. Przeciętny Aussie, jeśli je śniadanie na mieście (a na mieście jada się tu bardzo dużo), to wybierze coś w klimacie bułki z jajkiem i tłustym bekonem, muffina z czekoladą albo tosta z białego chleba z masłem orzechowym tudzież Vegemate (o Vegemate będzie osobny wpis, bo ten wynalazek zasługuje na więcej uwagi ;) ). Przy okazji nie pomaga fakt, że jedzenie w przybytkach typu McDonald (który ja pieszczotliwie nazywam McShit) kosztuje grosze, a zdrowa żywność wręcz przeciwnie.

Ludzi przybywa więc tutaj głównie objętościowo.

Council of Australians for Uneducated Americans
Indie na celowniku

3 komentarze

  1. Czy w centrum Sydney jest coś na kształt nowojorskiego Central Parku, gdzie wszyscy sportowi opanowują teren? Pewnie da się wyjechać gdzieś do lasów za miasto, ale jeśli wyjazd ma trwać dłużej niż to pobieganie to traci sens.

    W Polsce miejsca gdzie da się pojeździć/pobiegać są też masowo oblegane i wyglądają jak stadion w naturalnych warunkach, ale tylko dlatego, że takich miejsc jest jak na lekarstwo …

    Post a Reply
    • W centrum jest ogromny ogród botaniczny, bardzo popularny na joggin. Ale całkiem sporo ludzi biega w czasie przerwy na lancz po prostu po chodnikach (choć niekoniecznie przy głównych drogach). Fintness kluby w centrum pękają w szwach w godzinach lanczu – ludzie walą do nich na 45-minutowe ekspresowe sesje ćwieczeń. Jednak tak jak pisałam centrum Sydney niekoniecznie jest reprezentatywne.

      Post a Reply
  2. A co innego chciałem napisać … Podobno bieganie, jeżdzenie i udział w zawodach jest nową formą walki z kryzysem wieku średniego, więc kto wie, czy nawet ci okrąglejsi się kiedyś na szlakach nie pojawią :)

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.