Zdobywamy wulkan

Do Pucon pojechaliśmy tylko w jednym celu – żeby wejść na wulkan Villarica. Wulkan ma 2847 m npm, więc w porównaniu z powiedzmy Cotopaxi w Ekwadorze, to jednak popierdółka, że się kolokwialnie wyrazimy. Jednak mimo wszystko przygotowaliśmy się na spory wysiłek fizyczny, bo to jednak ciągle pod górkę.

Że każda agencja turystyczna w Pucon ma w swojej ofercie wejście na wulkan, to znalezienie tej najbardziej nam odpowiadającej – czyli najtańszej – było proste. Nie wiedzieć czemu różnica cen między poszczególnymi agencjami sięgała do 30%. Nie bardzo można zrozumieć skąd taka różnica. W końcu czy się płaci kwotę X czy też X + 30% to wejść trzeba na wulkan o własnych siłach. Nikt nas przecież nie wniesie tylko dlatego, że się więcej kasy wyłożyło.

Tak więc wybraliśmy najtańszą agencję i o szóstej rano następnego dnia ruszyliśmy zdobywać wulkan. Ubrano nas wszystkich w wodoodporne spodnie, kurtki i buty, na głowę włożono kaski, do ręki wsadzono nam czekan. Wyglądaliśmy w tym wszystkim mega profesjonalnie, ale później, już na szczycie wulkanu, okazało się, że ci którzy wybrali się z droższą agencją mają nowsze ciuchy, i w dodatku w modniejszych kolorach. Co za strata… ;)

Wejście okazało się być bułką z masłem. Może to dlatego, że trafiło nam się w grupie kilka słabych ogniw i do nich przewodnik dopasował tempo. Pierwszy etap – przejście z 1400m (na takiej wysokości zaczyna się szlak) na 1800m – odpuściliśmy sobie korzystając z wyciągu. Żadne to oszustwo, po prostu nie widzieliśmy powodu – tak samo zresztą jak wszyscy inni ludzie w naszej i pozostałych grupach – żeby męczyć się idąc po stromym zboczu pokrytym sypkim pyłem wulkanicznym. Od 1800m trasa była już w całości pokryta śniegiem, więc szło się dosyć łatwo.

Tak się zdarzyło, że byliśmy pierwszą grupą, która zaczęła tego dnia wspinaczkę. No i gdy weszliśmy kawałek do góry i obejrzeliśmy się za siebie, to okazało się, że poza nami wulkan zdobywa jeszcze jakieś 20 czy więcej innych grup (w każdej grupie do 8 osób). Co za widok! Sznurek ludzi, jeden za drugim, którego końca nie widać.

Dotarcie na szczyt było bardzo satysfakcjonujące. Widok ze szczytu był imponujący. Ale najlepsze było zejście w dół. To było pierwsze w naszym żywocie zejście w dół, które było przyjemniejsze od wejście (w naszym doświadczeniu zejścia mają to do siebie, że męczą kolana i wymagają skupienia i uwagi). Bo wyobraźcie sobie, że zejście z wulkanu polegało na zjechaniu z niego na tyłku. Trzeba było założyć specjalny ochraniach na cztery litery i najnormalniej w świecie zjechać na tyłku po śniegu. Nie zjeżdża się w pierwszym lepszym miejscu, tylko w wyjeżdżonych „kanałach” w śniegu. A że zbocza wulkanu są trochę strome, to przed zjazdem pierwszym tunel niektórzy trochę się stresowali (włącznie ze mną). Na zjazd każdym kolejnym nie można było się za to doczekać.

Świetny dzień, i nawet za bardzo się nie zmęczyliśmy :)

IMG_5663

IMG_5673

IMG_5677

IMG_5689

IMG_5694

IMG_5704

IMG_5708

IMG_5722

IMG_5723

IMG_5740

Co będzie dalej, czyli komunikat
Chepu, czyli o tym, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem

3 komentarze

  1. Teraz to dopiero zalujemy, ze mielismy okropna pogode w Pucon i nie weszlismy na Villarice. Piekne zdjecia. Pozdrawiamy z Panamy.

    Post a Reply
  2. NIESAMOWITE. Strasznie marzą mi się takie wyprawy. Ostatnio w ogóle o Chile (i Boliwii) więcej czytałam, byłam też na slajdowisku w Krakowskim Klubie Podróżników właśnie dotyczącym tych dwóch krajów no i cóż – im więcej wiem, tym bardziej chcę ruszać w drogę. A co do Twoich zdjęć – nawet moja niechęć do śniegu nie daje o sobie znać, chętnie sama bym się powspinała na wulkan.

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.