Chepu, czyli o tym, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem

My ciągle tkwimy w Santiago, a tymczasem zaległe relacje

Chiloé to taka całkiem spora wyspa w Chile. Pojechaliśmy się tam trochę zrelaksować po Patagonii, gdzie pogodowo trochę nam się nie powiodło.

Na Chiloé zacumowaliśmy w Ancud, miasteczku na północy wyspy. Czas zatrzymał się tu chyba mniej więcej wtedy, gdy w Polsce obradował okrągły stół. Wystawy sklepowe taki właśnie mają klimat, a i architektonicznie jakoś tak wiekowo. Ale poza tym bardzo przyjemnie.

W Ancud nie jest źle, ale pomyśleliśmy, że warto by było zobaczyć coś więcej. Padło na Chepu, dziewiczą część wyspy z pięknym krajobrazem. Lokalne agencje turystyczne ściągają za odwiedzenie Chepu niezły haracz, więc pomyśleliśmy, że pojedziemy na własną rękę. Tylko, że to nie aż proste. Chepu to dziura tak wielka, że autobus kursuje tu tylko trzy razy w tygodniu, i to o niezrozumiale wczesnej porze – 6.30 rano.

Akurat tak trafiło, że wypadał dzień, w którym kursuje autobus, więc wybraliśmy się do Chepu z parą Chilijczyków z hostelu. Na miejsce dotarliśmy gdy zaczęło świtać. Aktywność o takiej porze dnia nie często nam się ostatnio zdarza, więc jakoś tak dziwnie było. Autobus powrotny do Ancud miał odjeżdżać dopiero za 10 godzin. Dużo czasu do zabicia. Uzbrojeni w mapę narysowaną przez kobitkę z hostelu ruszyliśmy przed siebie. Nad całą okolicą unosiła się mgiełka. Magicznie.

Celem była jaskinia przy plaży. Niby max 1.5 godziny spacerkiem. Mieliśmy tylko przejść przez wydmy, przekroczyć małą rzeczkę, pójść wzdłuż plaży i tam miała właśnie być jaskinia. Bułka z masłem. Tylko, że przez ostatnie kilka dni padało. Więc idąc wyznaczoną ścieżką grzęźniemy w błocie. Potem – żeby je ominąć – idziemy przez wydmy. Idziemy tak dobrą godzinę, ale małej rzeczki, którą mamy przejść, jakoś nie widać. Chyba obraliśmy zły kierunek. Wpadamy więc na genialny pomysł, żeby wdrapać się na wyższą wydmę i wypatrzeć pequeño rio (czyli małą rzeczkę). W końcu namierzamy rzeczkę, tylko problem jest taki, że ona wcale nie jest pequeño. Po kilku dniach deszczu jest całkiem grande. Podejmujemy próbę przejścia przez wodę, ale po kilku krokach sięga nam ona do uda. Główkujemy co w związku z tym zrobić. Jest dopiero 11.00. Autobus dopiero za 7 godzin. Więc postanawiamy spróbować szczęścia ze stopem. Tylko, że Chepu to nie jest miejsce, przez które biegnie jakoś często uczęszczana droga. Wręcz przeciwnie. Skoro autobus przyjeżdża tu raptem 3 razy w tygodniu to możecie sobie wyobrazić. Czyli trzeba z buta. Do głównej drogi jest jakieś 16km. No ale i tak nie mamy nic lepszego do roboty.

Po pół godzinie marszu nagle pojawia się pick-up. Wystawiamy paluch i koleś się zatrzymuje. Wskakujemy na pakę i sru. W połowie dystansu koleś nas wysadza, bo dalej nie jedzie. Ale szczęście nas nie omija, bo nagle pojawia się na tej pustej drodze taksówka. Pusta. W dodatku wraca do Ancud. Cena śmiesznie niska, więc jedziemy.

Wycieczka średnio udana, ale w takiej podróży nie zawsze wszystko idzie według planu. I dobrze. Inaczej by było nudno.





Zdobywamy wulkan
8.8 w skali Richtera

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.