Argentyńska kraina jezior

Zrobiliśmy rzecz szaloną – wynajęliśmy samochód. Bo wynajem samochodu w miejscu takim jak Bariloche, w szczycie sezonu, to finansowe szaleństwo. Tutaj płaci się za to jakieś dwa i pół raza tyle co w Sydney, więc możecie sobie wyobrazić. No ale nie było innego sposobu na to, żeby zobaczyć z krainy jezior coś więcej niż tylko Bariloche. Wynajęliśmy więc owy pojazd na dwa dni i ruszyliśmy w drogę.

Zawsze wiadomo było, że nie ma to jak własny środek transportu. Pełna elastyczność, można się zatrzymać kiedy i gdzie się chce. Ogląda się co i jak chce. Rewelacja. Znów się rozmarzyliśmy. Bo marzy nam się długa podróż samochodem, albo jeszcze lepiej motorem, po Ameryce Północnej albo Azji Centralnej (a najlepiej to i tu i tu).

Więc pykaliśmy sobie od jeziorka do jeziorka. Co jedno to ładniejsze. Tylko te drogi. Bo w Argentynie całkiem spora część dróg krajowych jest najnormalniej w świecie żwirowa. A taka Corsa czasem ma z tym problem.

No i jeszcze ten strasznie irytujący zwyczaj nadużywania świateł awaryjnych. Zupełnie nie można tego pojąć. Przecież producenci samochodów już dawno wymyślili światła na różne okoliczności. Jest światło stopu do hamowania, jest kierunkowskaz do zmiany kierunku jazdy, jest światło wsteczne, do cofania. Jednak tutaj to nie wystarcza i dodatkowo prawie każdy używa świateł awaryjnych. Chce taki zaparkować, to zamiast włączyć kierunkowskaz to daje światła awaryjne. Cofa – włącza światła awaryjne. Musi zwolnić, bo na drodze sznur samochodów – światła awaryjne. Nigdzie indziej w Argentynie czegoś takiego nie widzieliśmy. Jakiś lokalny, dziwny obyczaj.

Hitem okazało się jezioro Traful. Matko, co za kolory! Jak się patrzyło na tą wodę to się człowiek czuł jak na Fidżi, a nie w Argentynie.

Pofatygowaliśmy się też do mieścinki pod tytułem Junin de los Andes, bośmy wyczytali gdzieś, że to argentyńska stolica pstrąga. Ślinotok mieliśmy na myśl o pstrągu z grilla. Tylko, że cholera w Junin de los Andes nikt tych pstrągów nie sprzedaje. Przynajmniej nam nie udało się namierzyć miejsca, gdzie można by ową rybkę nabyć. A szukaliśmy wytrwale. Jedyna chyba opcja to sobie owego pstrąga złowić. A to nie jest bułka z masłem, szczególnie jak się nie posiada wędki.

Argentyna – informacje praktyczne
Bariloche

2 komentarze

  1. Witaj Magdo :)
    Śledzę Was od kilku miesięcy. Dzięki wielkie za wszystkie cudowne foty. Aż boję się co będzie jak nagle kiedyś przestaną się pojawiać w moim czytniku RSS. Trzeba będzie wtedy samemu jechać i oglądać na żywo te krajobrazy.

    Samochód? Motor? A może rower ?:)

    pozdrawiam
    sw

    Post a Reply
  2. Piekne zdjecia, az zal ze nie udalo nam sie tego zobaczyc :-(.
    Choc slonce w Rio tez jest niczego sobie…

    Post a Reply

Trackbacks/Pingbacks

  1. W krainie jezior argentyńskich | Wyjechani - […] na którym, na dwa dni przed naszym wyjazdem z Bariloche, trafiła na wpis o tym miasteczku (http://careerbreak.pl/2010/02/23/argentynska-kraina-jezior/). Dziękujemy serdecznie Magdzie…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.