W drodze do Machu Picchu

Czas na najpopularniejszą atrakcję turystyczną Ameryki Południowej, czyli Machu Picchu (dalej nazywane dla uproszczenia MC).
Do MC dotrzeć można zasadniczo na trzy sposoby. Sposób pierwszy – najpopularniejszy – to pociąg. Tu do wyboru mamy trzy klasy. Bilet na najniższa, którą ktoś chyba dla jaj nazwał backpackerską, kosztuje jedyne $48 w jedną stronę. Osobiście nie znam żadnego backpackera, dla którego wydatek w sumie $96 na przejazd, który trwa 5h w jedną stronę, był czymś normalnym. Jeśli ktoś jednak nie ma ochoty na podróż z tak zwanymi backpackerami, może pojechać klasą wyższą, w której bilet kosztuje o ile dobrze pamiętam $130 w jedną stronę. Okazuje się jednak, że i to dla niektórych za mało, bo w sezonie kursuje także opcja trzecia, coś a la Orient Express. Tu bilet to wydatek w kwocie $307 w jedną stronę. Kupując bilet w dwie strony szczęśliwiec dostaje upust i płaci jedyne $588 (zamiast $614). Z wiadomych względów opcja pociągu nas nie interesowała.

Opcja druga to trekking. Ten najpopularniejszy, czyli Inca Trail, zrobić można tylko z agencją, która za ową przyjemność skasuje nas jakieś $350-$400. Są też alternatywne trasy, ale, że musielibyśmy wypożyczyć sprzęt biwakowy (namiot, karimaty itp) to całość też nie wychodziła tanio.

Opcja trzecia to opcja autobusowo-piesza. Element pieszy wynika z faktu, że do Acuas Calientes, miasteczka przy MC, nie ma drogi. Prawdopodobnie brak drogi to umyślny zabieg peruwiańskiego rządu. W końcu jeśli nie ma drogi to praktycznie każdy jedzie pociągiem. Choć jakby się nad tym zastanowić to na braku drogi najwięcej zyskuje chilijska firma obsługująca połączenie kolejowe. (Swoją drogą trudno zrozumieć dlaczego peruwiański rząd przekazał tak dochodowy interes firmie z innego kraju).

W każdym razie pojechaliśmy do MC z wykorzystaniem opcji trzeciej. Przy okazji pomyśleliśmy, że zatrzymamy się w Urubambie i zobaczymy znajdujące się niedaleko tarasy solne. Jednak jakoś tak wyszło, że w Urubambie nie zostaliśmy, ale za to pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości Ollantaytambo, jakieś 2.5h od Cuzco. Jedziemy tam collectivo, czyli minibusem. Minibus orginalnie przeznaczony do przewozu 10 pasażerów , tu w Peru, po drobnych przeróbkach wewnątrz, mieści 25 pasażerów, przy czym tylko jedna osoba stoi. Cała reszta siedzi. To się nazywa efektywne transport zbiorowy.

Ollantaytambo okazuje się być niezwykle przyjemne, choć dosyć mocno turystyczne. Spędziliśmy tam popołudnie i noc, a następnego ranka mieliśmy ruszyć w dalszą trasę.




Jest więc ranek, czyli idziemy na rynek czekać na autobus do Santa Maria. Autobus przyjechał, zabieramy się do wsiadania, a kierowca mówi nam, że nie ma miejsc. Możemy oczywiście jechać na stojąco. Santa Maria jest w końcu „jedyne” 4h stąd, więc idziemy na tą opcję, bo następny autobus jest dopiero za 5h. Nie ma więc co czekać, bo przecież też może być pełny. Droga wije się niesamowicie, w zasadzie składa się z samych zakrętów, więc trzeba trochę się wysilić balansując na stojąco. Pewien miły Peruwiańczyk ustępuje mi na godzinę swojego miejsca.

Dojeżdżamy do Santa Maria i od razu przesiadamy się w kolejny pojazd. Tym razem taxi do pobliskiego miasteczka Santa Teresa. Jadą z nami jeszcze dwaj gringo – Nicole z Czech i Dale z Australii. Kierowca nie oszczędza zawieszenia i po górskiej, krętej drodze bez nawierzchni jedzie jak wariat. 50min później w Santa Teresa kolejna przesiadka – jedziemy collectivo do Hydroelectrica, skąd zaczyna się element pieszy, czyli 11km wzdłuż torów. Lenie mogą przejechać ten odcinek pociągiem, ale $8 za 11km wydaje się być ceną trochę na wyrost. Tak więc z buta i w drogę.

Dwie godziny później docieramy do Aquas Calientes. Podejrzewam, że gdyby nie MC, to miasteczko by nie istniało. Aquas Celientes składa się z torów kolejowych, hoteli wszelkiej maści i jeszcze większej ilości restauracji. Konkurencja jest ogromna, co zasadniczo działa na korzyść klientów. Wystarczy minimalne zainteresowanie menu, żeby cena pizzy spadła z 40 na 25 soli, a zestawu obiadowego z 20 na 15. Ceny nadal wyższe niż gdzie indziej, ale można obejść się bez bankructwa.

Wieczorem kupujemy bilety wstępu do MC na następny dzień. Nicole i Dale mają lewe legitymacje studenckie (do wyrobienia za 15s w drukarniach w Cuzco), więc płacą połowę ceny. Szlag nas trafia, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej. Umawiamy się na rano na 4.00.

Poza nami w kierunku MC wczesnym rankiem zmierza jeszcze kilkanaście osób. Zaczynamy wspinaczkę do bramy wejściowej. Jest zaskakująco ciepło jak na tak wczesną porę, i bardzo wilgotno. W ciągu kilku minut jesteśmy przepoceni. Powoli, ciężko oddychając zbliżamy się do celu. Na miejsce docieramy około 5.20. Przed nami dotarło tu jakieś 15 osób. Strażnik rozdaje limitowane bilety na Huayna Picchu, skąd rozpościera się ponoć najlepszy widok na MC. Załapujemy się. Kilka minut przed 6.00 zaczynają podjeżdżać pierwsze autobusy z amerykańskimi wycieczkami. Bramy otwierają się punkt 6.00. Nicole i Dale wpadają ze swoimi lewymi legitymacjami (trzeba je tu jeszcze raz pokazać). Muszą dopłacić różnicę. Czyli czasami nie opłaca się kombinowanie.

Wchodzimy na teren ruin.

CDN…

Machu Picchu
Pisac

2 komentarze

  1. Dzieki za tak dokladne info. Bardzo nam sie przyda juz niedlugo. Czekam z niecierpliwoscia na cd :-). Pozdrowienia!

    Post a Reply
  2. jesli jestescie jeszcze w cusco i macie ochote sie spotkac to dajcie znaka, bright hostel, tel 262424, pytajcie o Kasia numero dos:)

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.