Cotopaxi

To był nasz pierwszy śnieg w tej podróży. To znaczy pierwszy jaki mogliśmy dotknąć. Wcześniej widzieliśmy śnieg w Nowej Zelandii i w Chinach, ale tylko na odległość. Tu było go pod ręką na tyle, że można było lepić bałwany. No ale nie na bałwany przyjechaliśmy do Parku Narodowego Cotopaxi. Cotopaxi to jeden z najwyższych, aktywnych wulkanów świata. Dotąd wybuchał dosyć regularnie – mniej więcej co 100 lat. A że ostatnia erupcja miała miejsce 106 lat temu, to miejscowi mówią, że kolejny wybuch może nastąpić choćby jutro. Chyba można się nie stresować tym specjalnie, bo w Ekwadorze – kraju pełnym aktywnych wulkanów – specjaliści potrafią chyba przewidzieć zbliżający się wybuch z wyprzedzeniem większym niż jeden dzień. Póki co ostrzeżeń nie ma, więc Cotopaxi niczemu i nikomu nie zagraża.

Samochodem wjechaliśmy na 4500 m npm. Pierwszym zadaniem było wejście do schroniska na 4800. Czyli wchodzimy 300 m wyżej. Dystans do przejścia – 1 km. I to był chyba nasz najdłuższy kilometr w życiu. Podejście bardzo strome, podłoże bardzo luźne, bo to w końcu wulkaniczne kamienie. Pierwsze 10 minut idziemy bez przerwy, ale potem trzeba się zatrzymywać co kilkanaście kroków. Ciężko się oddycha, powietrze wyraźnie rzadsze. Z trudem dochodzimy do schroniska. Jeśli wcześniej marzyło mi się wejście na 6-tysięcznik w Boliwii to teraz stwierdzam, że chyba mogę na chceniu poprzestać. Przemek też nie jest szczególnie zainteresowany. No ale zobaczymy…




Drugie zadanie to wejść jeszcze trochę wyżej, na 5000 m npm, żeby zobaczyć lodowiec. Tu jest dużo łątwiej. Nie jest tak stromo, jest dużo śniegu, więc grunt pod nogami bardziej stabilny. Jesteśmy na 5000 m npm! Wyżej nas wcześniej nigdy nie było :) Do szczytu jest jeszcze 897m.






Schodzimy na dół na 4500, i tam zabieramy się za trzecie zadanie. Najprzyjemniejsze. Zjazd na rowerze w dół. 14km z górki. Przemek idzie na całość i zanim się orientuję jest tak daleko, że nie bardzo potrafię go namierzyć na horyzoncie. Ja zaczynam trochę zachowawczo, ale szybko decyduję, że trzeba zaszaleć. W końcu ubezpieczenie mamy ;) Popuszczam hamulec i też zasuwam w dół. Jest świetnie. Piękne uczucie.




Cotopaxi w pełnej krasie nie udaje nam się jednak tego dnia zobaczyć. Wulkan schował się w chmurach. Za to widzieliśmy go kilka dni wcześniej z samolotu wracając z Galapagos. Co to był za widok! Niebo zasnute chmurami, a znad chmur wystaje wulkan. Bajka.

p.s. Tez zwierz na zdjeciu to lis.

Pociąg
San Cristobal

1 komentarz

  1. Cotopaxi widziałem z drogi. I zastanawiałem się wtedy czy nie da się na Cotopaxi wyjechać? :)

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.