Isla Isabela

Z Santa Cruz płyniemy na Isabelę. Cały archipelag Galapagos to 19 wysp (plus dziesiątki wystających z morza kawałeczków lądu, dla któych wyspa to zbyt wielkie słowo), a Isabela obejmuje 1/3 jego powierzchni. Tak więc wyspa jest spora. I do tego w kształcie konika morskiego. Mieszka tu zaledwie 2000 osób. Po 18-tysięcznym Puerto Ayora na Santa Cruz, Puerto Villamil to prawdziwa wiocha. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wszystkie ulice zasypane piaskiem przywianym z plaży. Pod spodem może i kiedyś ktoś wylał jakiś asfalt, ale to było dawno temu. Teraz jest tylko piasek. Kilka hotelików. Kilka restauracji. Szkoła. Kościół. Kilka sklepów oferujących po nie więcej jak 30 produktów każdy – zazwyczaj są to te same produkty. Piwo, lody, Cola, fasolka w puszce. Na ulicach pusto. Ludzi jak na lekarstwo. Samochodów też. Z dźwięków dominuje szum morza. Sielsko-wiejsko. Bardzo nam się podoba.

Lokalna plaża jest rewelacyjna. To znaczy pięknie wygląda. Niestety woda jest nie tylko zbyt wzburzona, żeby się kąpać, ale też zbyt zimna. Po wyspach położonych na równiku spodziewaliśmy się ciepłej wody. Jednak nic z tego. Woda bardzo zimna. Nie mamy odwagi zamoczyć tyłków.



Moczenie tyłków to oczywiście inna bajka, gdy chodzi o to, żeby posnurklować ze zwierzakami. Oczywiście w piance, bo w samym stroju kąpielowym można by dostać hipotermii. Snurklujemy przy malutkich wysepkach Las Tintoreras, 10 minut łodzią od Puerto Villamil. Początkowo tylko ryby, ale wystarczy trochę poczekać, a pojawiają się i inne stwory. Jest płaszczka. Jedna, druga. Super. No i nagle ten żółw. Jest ogromny! Ma przynajmniej metr długości. Prawdziwy olbrzym. Spokojnie pływa blisko dna skubiąc morską trawkę. Pływamy tuż obok niego, na wyciągnięcie ręki, a żółwiowi to w ogóle nie przeszkadza. Trudno uwierzyć, że to się dzieje.

Na Las Tintoreras kupa ptaków i iguan. Jak zwykle wcale się nie boją. Podchodzimy lub podpływamy łodzią na metr, półtora, a one tylko spokojnie nam się przyglądają. Najśmieszniejsze są pingwiny.







W Puerto Villamil mamy szczęście i trafiamy na dwa flamingi. Jeden stacjonarny na lądzie, drugi przelatuje nam nad głowami.


Trafiamy na żółwie, tym razem lądowe. Giganty. Dziewczyny nie powalają rozmiarem, ale chłopaki są przeogromne.


Udajemy się też w głąb wyspy na wulkan Sierra Negra. Jedziemy na niego na koniach. Pogoda na początku do bani. Idziemy w chmurze, jest zimno, mokro, widoczność na kilka metrów. Do tego te uparte konie. W ogóle nas nie słuchają. Ale powoli pniemy się do góry. Nagle zaczyna się przejaśniać. Wychodzimy z chmury i w momencie nad nami rozpościera się błękitne niebo, robi się gorąco. Idziemy brzegiem krateru zalanego zaschniętą lawą. Widok niesamowity. Krater ma ponad 30km obwodu, więc raczej oszałamia. Widoki na okolice też niczego sobie.

0″ />


Wielki błękit
Bliskie spotkania

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.