Vang Vieng i Vientiane

Z Luang Prabang ruszyliśmy na południe, w kierunku Vang Vieng. Trasa była przepiękna. Droga wiła się zboczami gór, a wokół było bardzo, bardzo zielono. Kiedyś na pewno wrócimy do Laosu, żeby zobaczyć północną część kraju.

Do Vang Vieng przyjechaliśmy właściwie nie wiadomo po co. Miejsce jest niezwykle popularne wśród backpackerów, więc myśleliśmy, że znajdziemy tam coś dla siebie. Nic z tego. Vang Vieng jest tak przeraźliwie komercyjne, że trudno to opisać. Nie ma ono nic wspólnego z Laosem – mogłoby być w Wietnamie, Malezji, a nawet na księżycu. Główną atrakcją jest tutaj spływ rzeką na nadmuchanej dętce z ciężarówki, a po drodze zaliczanie kolejnych barów, w których serwuje się takie cuda jak happy pizza, koktajl z grzybków halucynogennych, skręty, opium i wiele innych środków odurzających. Taki sposób spędzania wolnego czasu to nie nasz klimat, więc do Vang Vieng miłością nie zapałaliśmy. Po jednym dniu uciekliśmy do stolicy, Vientiane.

Vientiane zupełnie nie ma klimatu stolicy i praktycznie żadnych atrakcji, które mogłyby zatrzymać nas tam na dłużej niż dzień. Wizyta w stolicy miała głównie na celu załatwienie wizy do Kambodży. Pomyśleliśmy, że przy okazji odwiedzimy oddalony o jakieś 30km Buddha Park, park z rzeźbami Buddy, ale nie wiedzieć czemu nie udało nam się parku znaleźć! Tak więc najeździliśmy się sporo na motorku, bez żadnego rezultatu. Tak czasem bywa.

Vientiane
Vientiane
Vientiane

Pakse i Chamapsak
Luang Prabang

4 komentarze

  1. Byłem w Vang Vien jakiś miesiąc później i żadnych wynalazków w rodzaju happy pizzy ani wspomnianych koktaili nie stwierdziłem (w czyimś opisie z 2006 i owszem). Może dlatego, że nie szukałem. Jak dla mnie czołganie się w jaskini a następnie spływ – bajka (a że mogłoby to być na Księżycu? – Kopalnia soli w Wieliczce też mogłaby tam być). Niedaleko Vang Vien (jakiś kwadrans „motorbajkiem”) jest też warta zobaczenia, naprawdę sporych rozmiarów grota. Przejście z jednego końca na drugi to przynajmniej godzina (o ile się nie zabłądzi). Poza tym, oglądanie „Przyjaciół” w pozycji leżącej, z BIALAO w dłoni – bezcenne. Na pewno tam wrócę.
    PS. Buddha Park faktycznie potrafi się ukryć, choć jak już się tam trafi, to wydaje się że dotarcie było najłatwiejsze na świecie. Robi wrażenie starożytnego choć figury są z … 1959 roku (o ile dobrze pamiętam). W Vientiane i tak nie ma za dużo do roboty, więc wycieczka do parku może być atrakcją.

    Post a Reply
  2. Zupełnie się z Tobą nie zgodzę. Samo miasteczko może i jest komercyjne, ale ja np. uwielbiam tamtejsze restauracje, gdzie można (dosłownie) leżeć i zajadać się dobrym jedzonkiem. Ale najważniejsza jest okolica Vang Vieng – jest przepiękna! Warko wybrać się chociaż na kilkugodzinny trekking i spływ kajakami – widoki zapierające dech piersiach!

    Post a Reply
  3. Jeden dzień na poznanie stolicy to zdecydowanie za mało. Wielka szkoda, że nie dotarliście do Parku Buddy, bo to magiczne miejsce. Sam Wientian ma też sporo ciekawych miejsc – Patuxay, Phra That Luang, całe mnóstwo pięknych świątyni (niekoniecznie tych z przewodników), okolice Mekongu, olbrzymi Morning Market, targ nocny nad Mekongiem, piękne (i największe w Laosie) jezioro, które jest kilkadziesiąt kilometrów za miastem i inne. Chyba sporo przegapiliście :)

    Post a Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.