Kanchanaburi

Zrobiły nam się na blogu znowu zaległości, ale już nadrabiamy.

Tak się złożyło, że dzień, w którym wróciliśmy z Birmy do Tajlandii był setnym dniem naszej podróży. I wraz z tym setnym dniem przyszło zmęczenie, do którego z pewnością mocno przyczyniła się podróż po Birmie. Bo pobyt w Birmie moi drodzy to nie wakacje, to dosyć ciężka praca…
Dlatego zależało nam, żeby kilka dni odpocząć. Zależało nam też na tym, żeby ten odpoczynek nie odbywał się w Bangkoku. No i padło na Kanchanaburi, bo to dosyć blisko stolicy. W Bangkoku wylądowaliśmy o 10.20 rano, a już o 15.00 byliśmy w Kanchanaburi. Niskie ceny noclegów w mieście jakoś nie mieściły się nam w głowie, ale przyjęliśmy je z wielką radościa. Po pobycie na tajskich plażach i w stolicy może być w Tajlandii tylko taniej.
W Kanchanaburi dotarło do nas, że na najbliższe tygodnie (miesiące?) jesteśmy skazani na upał. Żar lał się z nieba niemiłosierny, i zanim ktoś powie, że nie powinniśmy na ciepło narzekać, bo w Polsce prawie każdy o cieple marzy, to proponuje eksperyment w postaci nagrzania piekarnika do temperatury 40 stopni, otwarcia go i posiedzenia przy nim przez powiedzmy 30 minut. Właśnie tak jest teraz w Tajlandii od mniej więcej 7.30 do mniej więcej 20.30. Nie da się tego wytrzymać. 10 minut pobytu na dworze daje gwarancje kompletnego przepocenia. Jakoś w tym upale daliśmy radę dotrzeć nad most na rzecze Kwai.

Kanchanaburi

Zabawiliśmy się też w rasowych turystów i pojechaliśmy na motorku kawałek za Kanchanaburi pojeździć na słoniu. Rzecz mega turystyczno-komercyjna, ale co z tego. Mieliśmy ochotę, więc czemu nie.

Kanchanaburi
Kanchanaburi

A podczas wymenldowywania się z guesthousu spotkaliśmy w recepcji znajomego z Polski. To dopiero dziewiąty rodzak spotkany w podróży, ale pierwszy którego znałam jeszcze z Polski. Ale ten świat mały.

Ko Chang
Stan wyjątkowy. Jaki?

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.